Maj, piękny maj. Kwitną bzy, które cudownie pachną o poranku.
W lesie bieli się od konwalii, które hipnotyzują mnie swoim zapachem.
Majówka goni majówkę. Wpadamy z jednego długiego weekendu w drugi. Mamy dużo wolnego czasu, który można spędzić w gronie najbliższych. Organizujemy wtedy spotkania rodzinne, odwiedzamy znajomych. Zjeżdżamy z różnych stron kraju, by móc spędzić kilka chwil w gronie bliskich nam osób. Często spotykamy tych, których bardzo rzadko widujemy, albo spotykamy ich przelotnie. Takie majówkowe spotkanie, sprawiło, że dostrzegłam to, co do tej pory mi umykało.
Dopiero teraz mając dwadzieścia kilka lat, zaczęłam dostrzegać jak wiele się zmieniło. Zdałam sobie sprawę, że czas nie stoi w miejscu.
Z bólem uświadomiłam sobie jego upływ, patrząc na znaki, jakie zostawia na twarzach bliskich. Na twarzach, które tak dobrze znam i które towarzyszą mi od najmłodszych lat. Od niedawna zaczęłam dostrzegać zmarszczki i ich lekko przygaszony wzrok. Zobaczyłam przygarbione plecy, pochylone ramiona...
Nagle uświadomiłam sobie ich prawdziwy, fizyczny wiek. dlaczego wcześniej tego nie widziałam? Czemu mój wzrok nie wyłapał tak ważnych szczegółów?
Czy to efekt uboczny dorastania? Przestajemy być dziećmi, a razem z nami dojrzewają ludzie w naszym otoczeniu. To normalna kolej rzeczy...
Jako mała dziewczynka nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Wydawali mi się niezniszczalni, twardzi i wciąż tacy sami.
A może to świat dziecięcej fantazji przysłaniał mi ich prawdziwy wygląd? I musiałam dorosnąć, by dostrzec jak oni się zmieniają.
W odmętach dziecięcych wspomnień widzę cały czas te same twarze, uśmiechnięte, wypoczęte, niezmienne na przestrzeni lat.
Kiedy oni zdążyli się tak zmienić? Jak to się stało? I dlaczego udało mi się to przeoczyć?


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz