czwartek, 31 marca 2016

Wiosna, nareszcie wiosna!


Wiosna nieśmiało zaczyna rozwijać swoje skrzydła. Robi się coraz cieplej i coraz zieleniej. Kwiaty w moim ogródku powoli zazieleniają rabatki. I tylko ten deszcz, który ludzi denerwuje, a roślinom jest niezwykle potrzebny.
Jako mieszkanka wioski jestem na bieżąco z wiosennymi zmianami w przyrodzie. W mieście nie jest już to taki oczywiste. Dziś miałam okazję się o tym przekonać. Miasto to królestwo betonu i kamienia. Miejsce gdzie we wszechobecny chaosie trudno śledzić postępującą przemianę krajobrazu. Poprzez huk fabryk i hałasujące non stop auta, nie można wsłuchać się w śpiew powracających do nas z ciepłych krajów ptaków.
Jednak przyroda nie daje za wygraną. Stara się za wszelką cenę pokazać ludziom swoją krasę. W każdym niewybetonowanym miejscu zaczyna wyrastać trawa i malutkie nieśmiałe pędy roślin. Również ludzie stęsknieni za wiosną ozdabiają swe balkony i przydomowe ogródki doniczkami pełnymi pierwszych wiosennych kwiatów. Sprzedawcy rozpoczynają swe żniwa. Na topie są bratki, stokrotki i prymulki. Dosadzamy gdzie się da i co się da. Byle dużo i byle kolorowo. Za dużo już tej zimy. Mamy już dość achromatycznych barw dookoła nas. Z niecierpliwością wyglądamy pełni wiosny. Gdy wszystko się zazieleni, rozkwitnie. Gdy wreszcie zacznie pachnieć wiosną, gdy wszystko obudzi się do życia, a wtedy i my ludzie staniemy się bardziej mili i będziemy pozytywniej patrzeć na otaczający nas świat. I na innych ludzi...


foto by: pixabay.com/ 1mln wallpapers hd free

sobota, 26 marca 2016

Wesołych Świąt!





Pisanki skradły słońcu kilka złotych promieni,
teraz ich jasny blask niech Wasz dom rozpromieni.
Niech nadchodzące Święta Wielkanocne
przyniosą pogodę ducha,
wiele szczęścia i radości...
Życzę Wam, Kochani,
aby te Święta wniosły do Waszych serc
wiosenną radość i świeżość,
pogodę ducha, spokój, ciepło i nadzieję.

ANNKA :)


foto by: pixabay.com

niedziela, 20 marca 2016

Świąteczny "bezklimat" i nadchodząca wiosna

Dziś ostatnia niedziela marca, która nieubłaganie zbliża się do końca. Jutro Pierwszy Dzień Wiosny. Za tydzień Wielkanoc. Jakoś nie czuję ani klimatu świąt, ani wiosny. Zimno, wieje i pada. Ot, takie bardziej przedwiośnie, tylko brakuje topniejącego śniegu...
I do tego Święta Wielkanocne. Nie wiem dlaczego tak jest, że jakoś słabo czujemy świąteczną atmosferę. Każdy, kogo o to zapytam odpowiada tak samo, że jakoś tak nie czuje tej Wielkanocy. Nie odczuwany tego radosnego okresu oczekiwania na rodzinne spotkania, na świąteczne obżarstwo, malowanie pisanek, jakoś nas to nie cieszy. Dlaczego?
Przypominam sobie jak w dzieciństwie wszyscy dookoła nie mogli się doczekać pieczenia wielkanocnych babek, mazurków. Wyglądali Wielkiej Soboty, kiedy to wszyscy z koszykami podążali do kościoła. Ile było przy tym radości, śmiechu, gdy tak się szło razem. Pamiętam jak w Poniedziałek Wielkanocny przemykało się, kryjąc się przed potencjalny atakiem z sikawki, jak uciekało się niby nie chcąc być oblanym, a tak naprawdę się tego oczekiwało. Ile wody się wtedy przelewało. Każdy bez wyjątku musiał być oblany...

A dziś? Cóż. Wielkanoc kojarzy mi się z okropnym zimnem. Z wiatrem, śniegiem i deszczem. Z temperaturą bliską zeru, tak że nawet nosa z domu nie da się wyściubić. Komu w głowie Śmigus -Dyngus, czy spacer. Lepiej w domu posiedzieć. A na rezurekcję ubrać grubą kurtkę i ciepłe buty.
Podobno klimat się ociepla. Gdzie? W Afryce?
Przecież jeszcze kilkanaście lat wstecz, zdarzało się, iż w marcu było ciepło. Polewaliśmy się wodą bez obawy o przeziębienie. Przebierał się człowiek kilka razy dziennie. A teraz to nawet z domu strach wyjść, żeby nie złapać choróbska.
Pogoda bardzo źle wpływa na nasze samopoczucie i na świąteczny „bezklimat”. Nie zachęca do robienia czegokolwiek. A święta mają być radosne. Mamy się cieszyć, a nie popadać w apatię.

Podobno wiosna już jest. Podobno, taka bardziej widoczna niż odczuwalna. Kwitną pierwsze, wiosenne kwiaty, przyleciało już część ptaków, które zimują poza naszym krajem. Dla mnie jak nie ma bocianów, to nie ma wiosny. Jedna jaskółka wiosny nie czyni...

Tylko cieplej mogłoby się zrobić, by te ptaszęta nie pozamarzały. A i nam ludziom przydałoby się słońce, ciepło... Może wtedy bylibyśmy pozytywniej nastawieni do innych, tak bez okazji, a nie jedynie w czasie świątecznym.

czwartek, 17 marca 2016

Zoo w kinie!

Całkiem niedawno, bo tydzień temu, wybrałam się z przyjaciółką do kina. Obejrzałyśmy polski film, który, o dziwo, bardzo mi się podobał - „ 7 rzeczy, których nie wiecie o facetach” Może ktoś z Was był? Podzielcie się opiniami. Dawno tak dobrze się nie bawiłam, oglądając polską komedię. Całe szczęście prezentowane w niej żarty, trafiły w mój gust, a nawet w gust pozostałych osób z widowni. To też jest kolejny plus, że trafiło nam się dobre towarzystwo. Wiecie jak to jest, gdy idziesz na film komediowy i z żartów śmiejesz się tylko ty i cztery inne osoby z widowni.
Jednak zgrzytów nie brakowało. Zawsze irytuje mnie durne zachowanie innych ludzi i obsługi kina. Po latach spędzonych w kinie, po dużej ilości obejrzanych filmów, sporządziłam własny ranking rzeczy, które w czasie seansu doprowadzają mnie do białej gorączki.
Ranking jest następujący:
Miejsce pierwsze, top topów – Siorbanie resztek coli z kubka, gdy na dnie są już tylko kropelki! Jejku! Jak można, tak przeszkadzać innym! Nie można zdjąć wieczka, wyjąć słomkę i wypić to, co tak pozostało?! Chyba, że resztki coli to jest najpyszniejszy napój świata! Ambrozja!
Miejsce drugie – Dzwoniąca komórka. Wiecie, tak non stop. A ten komu dzwoni to albo udaje głupiego albo stara się to zignorować myśląc, iż „zaraz samo przestanie”. Nie można włączyć dyskretnej wibracji na tę godzinkę czy dwie?! Przez to świat się nie zawali.
Trójeczka, moja ulubiona – Odbieranie połączeń w kinie! Kocham jak ktoś odbiera i mówi: „Nie mogę gadać, w kinie jestem!” Szepcze tak, iż słychać to w najdalszym zakamarku sali. A potem na cały głos: „No, co ty?! Niemożliwe, no co ty mówisz?!”. Udusić takiego to jest mało. Ja wyrzucałabym takich z sali.
Numer cztery – Wchodzenie do kina z zakupami! Tak to niestety jest, że kina zlokalizowane są w centrach handlowych. Niestety... Wchodzą ludzie obładowani jak wielbłądy, z siatkami pełnymi wszystkiego co tam akurat było w promocji. Szeleszczą, szurają, miętolą te siatki. Jak na promocji w Biedronce! Kurde nie można robić zakupów po seansie, a nie przed?! Takie osoby zawsze się spóźniają i wchodzą zwykle na początku filmu i innym trudno jest się skupić na fabule, no nie łatwo zignorować takie odgłosy!
Pięć – Spóźnialscy, kocham ich. Oni zawsze mają miejsca pośrodku rzędów. Muszą się przeciskać, inni wstają by ich przepuścić. Zasłaniają pozostałym. No, zegarek to jest podstawa!
Numer sześć – Kopnie w fotel przed sobą! Nienawidzę tego! Nie cierpię! Dlatego staram się rezerwować bilety, by siedzieć w ostatnim rzędzie, nie ważne gdzie, byle w ostatnim. Tak profilaktycznie, by przez cały seans nie czuć kopnięć wymierzanych mojemu fotelowi. Nie wiem dlaczego, ale zawsze gdy mam miejsce w niższych rzędach to siada za mną koń, czystej krwi arab i cały seans kopie mi w siedzenie! Na padok niech sobie idzie nie do kina!
Siedem – Zajmowanie cudzych, lepszych miejsc w nadziei, że nikt tych miejsc nie wykupił. Albo, że nie przyjdzie i będzie się lepiej siedzieć. A gdy okazuje się, iż jednak ktoś ma bilet na to miejsce to się przesiadają! Zasłaniają, przepraszają się, czasem już w trakcie filmu!
Numer osiem – Komentowanie akcji filmu i dopowiadanie kwestii. No, jest już chamstwo! Swoje spostrzeżenia i opinie należy zachować dla siebie lub podzielić się nimi ze znajomymi po filmie, a nie w trakcie. Należy pamiętać, że nie jesteśmy u siebie w domu na kanapie, tylko w sali pełnej ludzi. Tak mnie denerwują teksty typu: „ Nie, nie idź tam! Tam cię zabiją”, „ No dalej, pocałuj ją” albo: „Co za debil, co ty robisz?!” Tylko złapać za fraki i wywalić na zbity... na to co tam ma...
Wiem, sama nie jestem święta i idealna, ale zawsze w kinie czy w teatrze staram się zachowywać tak, by innym nie przeszkadzać. Jeśli ktoś nie umie się zachować w kinie, albo nie umie nad sobą zapanować, to nie wiem, powinien pomyśleć o tym jakie zachowanie go irytuje i nie robić nic co przeszkadzałoby innym widzom. Bo każdy płaci za bilet i chce spokojnie obejrzeć film. Gdyby, chciał pójść do zoo, to by poszedł do zoo, a nie do kina :)



foto by: 1mln wallpapers free hd

wtorek, 1 marca 2016

Los? A może fatum?





Mam nieodparte wrażenie,że od czasu do czasu ślepy los stara się poigrać ze mną, grając mi na nosie. A może to ja źle dobieram czas, miejsce i czynność. Zastanawiam się czy to przeznaczenie stawia mnie w danym położeniu, czy może zwykła złośliwość losu czy zbieg okoliczności.
Bo jak inaczej wytłumaczyć to, co przydarza mi się wpędzając mnie w złość, zakłopotanie, by potem wywołać uśmiech na mojej twarzy? To nie może być przypadek. Na pewno innym też się to przydarza. Wiem, strasznie kręcę, motam się, ale trudno mi to przetłumaczyć na chłopski rozum. 
Któregoś dnia postanawiam zadbać o siebie ( a co raz na rok to każdemu wolno, a nawet trzeba), nakładam maseczkę na twarz, zaszaleję nie ma co! Żeby było jeszcze śmieszniej to ma ona dziwny kolor, taki ni szary ni zielony. Gdy maseczka pokrywa już całą moją twarz, pozostaje mi tylko czekać. Na opakowaniu napisali, że 15 minut, aż zmieni kolor. Rozciągam się na łóżku i czekam. Nagle ktoś puka do drzwi. Spoglądam przez okno. To chyba sąsiad. Lekko panikuję, nie zdążę zmyć, poza tym szkoda mi, bo tania nie była... Otwieram drzwi z maseczką na twarzy. Sąsiad lekko krzywi się na mój widok, ale czemu się dziwić, w końcu to facet. Przyszedł zapytać czy jest światło, bo u niego nie ma, a jak nie ma też u nas to znaczy, że to elektrownia wyłączyła. Informuję go, że jest i odchodzi równie szybko jak się pojawił. A może to przez tę maseczkę?
Innym razem robię sobie kawę. Siadam przy stole, chcę posłodzić. Sięgam po cukierniczkę, rękawem potrącam filiżankę. Jej zawartość rozlewa się po stole i po mojej sukience. Ścieram kawę i idę się przebrać. Gdy stoję przed szafą w samej bieliźnie, słyszę pukanie do drzwi. Postanawiam je zignorować, przecież nie otworzę w samej bieliźnie! W ostatniej chwili uświadamiam sobie, iż to kurier z przesyłką, przecież dzwonił, że niedługo będzie. Chwytam pierwszą lepszą rzecz i zakładam na siebie szybko. Biegnę otworzyć. Odbieram paczkę, kurier patrzy na mnie z drwiącym uśmieszkiem. W pierwszej chwili nie wiem o co chodzi. Dopiero, gdy odjeżdża orientuję się, iż mam na sobie beżową sukienkę, która od pasa do dołu jest bogato zdobiona kawowym wzorek. Tak się spieszyłam, że włożyłam z powrotem tę oblaną sukienkę. Pięknie.
Kiedyś znów wybiera się na spacer. Jest piękny letni dzień. Na niebie ani jednej chmurki. Gdy jestem w znacznej odległości od domu, bez kurtki, parasola, niebo zasnuwają ciemne chmury, zaczyna lać jak z cebra, a w pobliżu nie ma żadnego miejsca, gdzie mogłabym się schronić. Po prostu pięknie.
Takie przypadki mogłabym mnożyć w nieskończoność. Telefon zawsze rozładowuje się wtedy, gdy jest najbardziej potrzebny. Budzik nie dzwoni, zawsze gdy trzeba wcześnie wstać, by gdzieś zdążyć. Autobus, jak na złość, przyjeżdża punktualnie, tylko wtedy, gdy się spóźniasz o te dwie minuty...

Czy to można tutaj mówić o przypadku? A może zwykłe fatum ma niewielki wkład w nasze codzienne życie? Albo zaczyna się już za mnie brać demencja albo skleroza? Nie, coś w tym jest. Coś mistycznego, o czym nawet metafizycy i filozofowie nie śnili. Ktoś, tam na górze, nieźle musiał się nakombinować, żebyśmy mieli tutaj tak wesoło...