Zgodnie z zapowiedzią przed Wami premierowa część opowiadania "Idiotka".
****
Policjanci zabrali mnie do aresztu.
Zostałam oficjalnie zatrzymana na czterdzieści osiem godzin w celu złożenia
wyjaśnień, w związku z zabójstwem tamtej idiotki. A co tu było
do wyjaśniania? Moja ukochana teściowa, wszystko wiedziała
najlepiej. A mój mecenasa stawał na uszach, bym do czasu rozprawy
mogła przebywać na wolności. Nie chciałam. Nie mogłabym siedzieć
w domu i czekać... czuć się jak dziecko, które czeka na daleką
wycieczkę albo na nadchodzące urodziny. Zresztą nie mogła już
spojrzeć mojemu mężowi w oczy. Jemu też by się oberwało, gdyby
nie moje zeznania. Powiedziałam policji, iż mąż dowiedział się
o tym, co zrobiłam na chwilę przed pojawieniem się w naszym
mieszkaniu moje teściowej w eskorcie mundurowych. Wcześniej nie był
niczego świadomy. A on, nie powiedział nic, nie podziękował mi za
uratowanie tyłka, a przecież mogłam pociągnąć go za sobą.
Rujnując mu karierę i zostawiając go z wilczym biletem, mogłam
zemścić się na nim za romans z tamtą wywłoką. Za wszystkie
samotne wieczory i noce, które spędzała w jej objęciach. Ale nie
zrobiłam tego, bo nadal kocham tego pieprzonego maminsynka -
kobieciarza. Mamusia oczywiście też zeznała, iż o niczym nie
wiedział i dodała, że od początku wróżyła mi niezbyt
szczęśliwe życie. A kto powiedział, że jestem nieszczęśliwa?
Jestem. Na przekór wszystkim i wszystkiemu jestem! Ok, może nie mam
zbyt dobrych widoków na przyszłość. Jednak gdy spoglądam w
przeszłość, uświadamiam sobie, iż spieprzyłam wszystko, co
tylko było możliwe. I cieszę się, że było tego niewiele. Moje
małżeństwo było tylko fikcją, papierową łódeczką na
wezbranym w czasie sztormu oceanie. Ten szalony trójkąt nie miał
przyszłości. Wiem, że prędzej czy później powiedziałabym „pas”
i musiałabym to przerwać. Tamte lata odeszły, teraz czekają mnie
spokojne czasy. Z dala od toksycznej mamusi i mecenasa, który przy
niej przemienia się w niemowlaka. Czy on kiedykolwiek zdoła
przeciąć tę pępowinę? Nie sądzę, jedynie śmierć może tego
dokonać...
Gdy nastał dzień rozprawy miałam
nadzieję, że wszystko się wreszcie skończy. Wszystkie
przesłuchania. Pytania, w których wciąż wałkowano ten sam temat:
dlaczego? I chociaż odpowiadałam im – zgodnie z prawdą – że
musiałam, iż dłużej nie zniosłabym tego, że chciałam tylko
spokoju... nie wierzyli i zaczynali od nowa i tak przez ostatnie
tygodnie.
A ja miałam już naprawdę dosyć.
Chciałam ciszy i spokoju. Bez żadnych policjantów, psychologów,
biegłych sądowych i chciałam żeby skończył się ten medialny
szum.
W areszcie ciągle mówiono mi, iż
jestem w tej mieścinie tematem numer jeden, że wszystkie gazety
piszą o dokonanej przeze mnie zbrodni. A mnie było wszystko jedno.
Jako dziennikarka wiedziałam, że to nie potrwa długo. Najdłużej
kilka tygodni po procesie wszystko ucichnie, a medialne hieny znajdą
sobie inną padlinę do rozerwania na strzępy. Byłam tylko ciekawa,
czy moja redakcja też przyłączyła się do tej nagonki, czy
naczelny teraz trzęsie portkami, próbując zamaskować fakt, iż w
jego gazecie pracowała morderczyni.
Nie liczyłam na łagodny wyrok. Wręcz
przeciwnie wolałabym ten z górnej półki. Gdy o tym myślałam
czułam obojętność, zero nerwów, ani krzty strachu. Chociaż
nigdy nie brałam pod uwagę możliwości, że to się wyda, że ją
odnajdą. Wiedziałam, iż raczej nikt mi za to nie podziękuje. I
choć – tak naprawdę – nikt nie lubił tej suki, która miała
już na koncie nie jednego uwiedzionego męża i morze wypłakanych
przez ich żony łez. To i tak uznają ją za ofiarę, za kogoś
niewinnego, kogo śmierć była zupełnie nie potrzebna, że to
niepowetowana strata, taka piękna i inteligentna kobieta, po prostu
ideał.
A ja w ciągu kilku dni stałam się
zwyrodniałą morderczynią, pozbawioną jakichkolwiek ludzkich
odruchów, złą do szpiku kości psychopatką, bez zahamowań.
Wiedziałam, iż moja ukochana teściowa dolewa oliwy do ognia i
wciąż czuwa, by nawet na chwilę nie przygasł.
A mecenas? Hmm... Zapewne w e wszystkim
słucha mamusi, cichutko rozpaczając po stracie kochanki, której
każdy kolega mu zazdrościł. Udaje zdruzgotanego faktem, że jego
żona okazała się zdolna do czynu niezgodnego z prawem, do
nikczemnego występku. Zapewne skalałam jego nieposzlakowaną
opinię, o którą jego matka dbała od pieluch i zhańbiłam jego
szlacheckie nazwisko z zacnymi tradycjami sięgającymi zamierzchłych
czasów.
To ja ratuję mu dupę, nie pisnęłam
ani słówka, że o wszystkim wiedział, a on nie jest w stanie
zdobyć się chociaż na zwykłe: „Dziękuję...” Pewnie mamusia
mu zabroniła kontaktów. Nie, nie tęsknię, niczego od niego nie
chcę.
Świat strasznie mi zobojętniał, nic
nie ma sensu. Wcześniej myślałam, że jestem twarda, że udźwignę
to na swych barkach... dam radę. Znam siebie i wiem, że sobie
poradzę, ale póki co muszę się do tego przyzwyczaić, bo już
dawno zdążyłam to zaakceptować.
****
Sam proces był kiepsko
wyreżyserowaną farsą. I trwał zdecydowanie za długo. Gdy
wchodziłam na salę rozpraw, w eskorcie policji i strażników
sądowych, dziennikarze dosłownie się na mnie rzucili tak, że
policjanci musieli torować mi drogę. Z perspektywy biernego widza
musiałam wyglądać jak królowa zabójców, piewca śmierci,
uosobienie zła. Dużo dałabym, żeby popatrzeć na tę komiczną
sytuację z boku.
Na sali czekał na mnie
adwokat, wynajęty – o dziwo! - przez mojego męża. Nie sądzę,
że mamusia wyraziła na to zgodę... Pewnie do tej pory nie ma o
niczym pojęcia.
O wilku mowa! -
pomyślałam widząc teściowa wchodzącą na salę:
-
Morderczyni! - wysyczała w moim kierunku i zajęła miejsce dla
świadka.
Proces
był długi, zbyt długi. Co tu było do wyjaśniania?! Nic! Wszystko
powinno być jasne.
Do tego
jeszcze ten „mój prawnik”. Kupka nieszczęść. Pocił się jak
mysz i starał się mnie bronić, ale skutecznie mu to utrudniałam:
- Czy
oskarżona przyznaje się do popełnienia zarzucanego jej czynu? -
zapytał sędzia. Adwokacina poderwał się z miejsca, chciał coś
powiedzieć, ale ubiegłam go mówiąc:
- Tak,
wysoki sądzie, przyznaję się. - Po sali rozszedł się szmer
zdziwienia zmieszanego z oburzeniem.
- Czy
oskarżona jest pewna swojego oświadczenia?
- Tak.
Zabiłam ją! Co jeszcze chcecie usłyszeć?
Na te
moje słowa adwokacina opadł na swoje miejsce. Blady jak ściana i
bliski ataku serca.
Kto ci zafundował taką
traumę? -pomyślałam patrząc
na niego z litością
Spojrzałam
w oczy męża. Jeszcze męża, jednak znając zdolności mamusi, już
niedługo... Patrzył na mnie jak zbity pies. Zawsze patrzył w ten
sposób w chwilach zawahania i zdenerwowania. Jak ja nienawidziłam
tego spojrzenia! Przez myśl przebiegło mi, że zabiłam
nieodpowiednią osobę. Źle to rozegrałam. Odwróciłam głowę,
skupiłam wzrok na trwałej ondulacji teściowej.
Uśmiechała się pod nosem. Teraz była naprawdę szczęśliwa.
Dopięła swego! Rozdzieliła mnie ze swoim synem. Od zawsze tego
pragnęła, od momentu, w którym ją poznałam. To ona była
przyczyną wszystkich moich nieszczęść i spowodowała, że
oddaliłam się od męża. Od samego początku oczerniała mnie w
jego oczach. A wszystko zaczęło się od tego, że nie mogliśmy
mieć dzieci... Cała winą obarczyła mnie, nawet przez chwilę nie
pomyślała, że do tego trzeba dwojga. Teraz zapewne odtrąbi
sukces, w towarzystwie koleżanek z kółka brydżowego. A one będą
jej współczuły takie zwyrodniałej synowej. Będą ją klepać po
pleckach, gdy będzie łkała nad losem swego, biednego synusia!
Ciekawe czy już się do niej wprowadził...? A może ona mieszka w
naszym mieszkaniu i mojej kuchni gotuje mu obiadki.
- Czy
oskarżona chce coś dodać? - zapytał sędzia
- Nie!-
krzyknął mecenasina.
- Tak...
- powiedziałam wstając – Chcę powiedzieć, że niczego nie
żałuję. Gdybym miała zrobić to jeszcze raz, nie zawahałabym
się.
Na sali
rozbłysły flesze. Trzask migawek aparatów przypominał trzepot
skrzydeł stada gołębi podrywającego się do lotu. Mecenasina
zbladł jeszcze bardziej, po czym krzyknął:
- Wysoki
sądzie, wnoszę o zbadanie czy moja klientka była poczytalna w
chwili popełnienia domniemanej zbrodni...
-
Oddalam wniosek. Oskarżona została poddana badaniu
psychiatrycznemu, które nie wykazało żadnych odchyleń...
- Wnoszę
o powtórne badanie!
- To
zbyteczne! - odezwał się prokurator – Wydaje mi się, że nie ma
sensu przedłużać... wysoki sądzie do akt sprawy została
dołączona opinia biegłego psychiatry. Stwierdził on, iż
oskarżona w chwili popełnienia czynu była całkowicie poczytalna.
- Tak,
ale... - mecenasina nie dawał za wygraną.
- Panie
mecenasie... - ponownie przemówił prokurator – … gra na zwłokę
nie ma sensu.
P.S. Dajcie znać jak Wam się podobają dalsze losy bohaterki opowiadania. Czekam na Wasze opinie. Zamieszczajcie je w komentarzach. Już niebawem kolejna część...