sobota, 30 stycznia 2016

"Idiotka"- część premierowa

Witajcie!
Zgodnie z zapowiedzią przed Wami premierowa część opowiadania "Idiotka".

                                              ****

Policjanci zabrali mnie do aresztu. Zostałam oficjalnie zatrzymana na czterdzieści osiem godzin w celu złożenia wyjaśnień, w związku z zabójstwem tamtej idiotki. A co tu było do wyjaśniania? Moja ukochana teściowa, wszystko wiedziała najlepiej. A mój mecenasa stawał na uszach, bym do czasu rozprawy mogła przebywać na wolności. Nie chciałam. Nie mogłabym siedzieć w domu i czekać... czuć się jak dziecko, które czeka na daleką wycieczkę albo na nadchodzące urodziny. Zresztą nie mogła już spojrzeć mojemu mężowi w oczy. Jemu też by się oberwało, gdyby nie moje zeznania. Powiedziałam policji, iż mąż dowiedział się o tym, co zrobiłam na chwilę przed pojawieniem się w naszym mieszkaniu moje teściowej w eskorcie mundurowych. Wcześniej nie był niczego świadomy. A on, nie powiedział nic, nie podziękował mi za uratowanie tyłka, a przecież mogłam pociągnąć go za sobą. Rujnując mu karierę i zostawiając go z wilczym biletem, mogłam zemścić się na nim za romans z tamtą wywłoką. Za wszystkie samotne wieczory i noce, które spędzała w jej objęciach. Ale nie zrobiłam tego, bo nadal kocham tego pieprzonego maminsynka - kobieciarza. Mamusia oczywiście też zeznała, iż o niczym nie wiedział i dodała, że od początku wróżyła mi niezbyt szczęśliwe życie. A kto powiedział, że jestem nieszczęśliwa? Jestem. Na przekór wszystkim i wszystkiemu jestem! Ok, może nie mam zbyt dobrych widoków na przyszłość. Jednak gdy spoglądam w przeszłość, uświadamiam sobie, iż spieprzyłam wszystko, co tylko było możliwe. I cieszę się, że było tego niewiele. Moje małżeństwo było tylko fikcją, papierową łódeczką na wezbranym w czasie sztormu oceanie. Ten szalony trójkąt nie miał przyszłości. Wiem, że prędzej czy później powiedziałabym „pas” i musiałabym to przerwać. Tamte lata odeszły, teraz czekają mnie spokojne czasy. Z dala od toksycznej mamusi i mecenasa, który przy niej przemienia się w niemowlaka. Czy on kiedykolwiek zdoła przeciąć tę pępowinę? Nie sądzę, jedynie śmierć może tego dokonać...
Gdy nastał dzień rozprawy miałam nadzieję, że wszystko się wreszcie skończy. Wszystkie przesłuchania. Pytania, w których wciąż wałkowano ten sam temat: dlaczego? I chociaż odpowiadałam im – zgodnie z prawdą – że musiałam, iż dłużej nie zniosłabym tego, że chciałam tylko spokoju... nie wierzyli i zaczynali od nowa i tak przez ostatnie tygodnie.
A ja miałam już naprawdę dosyć. Chciałam ciszy i spokoju. Bez żadnych policjantów, psychologów, biegłych sądowych i chciałam żeby skończył się ten medialny szum.
W areszcie ciągle mówiono mi, iż jestem w tej mieścinie tematem numer jeden, że wszystkie gazety piszą o dokonanej przeze mnie zbrodni. A mnie było wszystko jedno. Jako dziennikarka wiedziałam, że to nie potrwa długo. Najdłużej kilka tygodni po procesie wszystko ucichnie, a medialne hieny znajdą sobie inną padlinę do rozerwania na strzępy. Byłam tylko ciekawa, czy moja redakcja też przyłączyła się do tej nagonki, czy naczelny teraz trzęsie portkami, próbując zamaskować fakt, iż w jego gazecie pracowała morderczyni.
Nie liczyłam na łagodny wyrok. Wręcz przeciwnie wolałabym ten z górnej półki. Gdy o tym myślałam czułam obojętność, zero nerwów, ani krzty strachu. Chociaż nigdy nie brałam pod uwagę możliwości, że to się wyda, że ją odnajdą. Wiedziałam, iż raczej nikt mi za to nie podziękuje. I choć – tak naprawdę – nikt nie lubił tej suki, która miała już na koncie nie jednego uwiedzionego męża i morze wypłakanych przez ich żony łez. To i tak uznają ją za ofiarę, za kogoś niewinnego, kogo śmierć była zupełnie nie potrzebna, że to niepowetowana strata, taka piękna i inteligentna kobieta, po prostu ideał.
A ja w ciągu kilku dni stałam się zwyrodniałą morderczynią, pozbawioną jakichkolwiek ludzkich odruchów, złą do szpiku kości psychopatką, bez zahamowań. Wiedziałam, iż moja ukochana teściowa dolewa oliwy do ognia i wciąż czuwa, by nawet na chwilę nie przygasł.
A mecenas? Hmm... Zapewne w e wszystkim słucha mamusi, cichutko rozpaczając po stracie kochanki, której każdy kolega mu zazdrościł. Udaje zdruzgotanego faktem, że jego żona okazała się zdolna do czynu niezgodnego z prawem, do nikczemnego występku. Zapewne skalałam jego nieposzlakowaną opinię, o którą jego matka dbała od pieluch i zhańbiłam jego szlacheckie nazwisko z zacnymi tradycjami sięgającymi zamierzchłych czasów.
To ja ratuję mu dupę, nie pisnęłam ani słówka, że o wszystkim wiedział, a on nie jest w stanie zdobyć się chociaż na zwykłe: „Dziękuję...” Pewnie mamusia mu zabroniła kontaktów. Nie, nie tęsknię, niczego od niego nie chcę.
Świat strasznie mi zobojętniał, nic nie ma sensu. Wcześniej myślałam, że jestem twarda, że udźwignę to na swych barkach... dam radę. Znam siebie i wiem, że sobie poradzę, ale póki co muszę się do tego przyzwyczaić, bo już dawno zdążyłam to zaakceptować.

****
Sam proces był kiepsko wyreżyserowaną farsą. I trwał zdecydowanie za długo. Gdy wchodziłam na salę rozpraw, w eskorcie policji i strażników sądowych, dziennikarze dosłownie się na mnie rzucili tak, że policjanci musieli torować mi drogę. Z perspektywy biernego widza musiałam wyglądać jak królowa zabójców, piewca śmierci, uosobienie zła. Dużo dałabym, żeby popatrzeć na tę komiczną sytuację z boku.
Na sali czekał na mnie adwokat, wynajęty – o dziwo! - przez mojego męża. Nie sądzę, że mamusia wyraziła na to zgodę... Pewnie do tej pory nie ma o niczym pojęcia.
O wilku mowa! - pomyślałam widząc teściowa wchodzącą na salę:
- Morderczyni! - wysyczała w moim kierunku i zajęła miejsce dla świadka.
Proces był długi, zbyt długi. Co tu było do wyjaśniania?! Nic! Wszystko powinno być jasne.
Do tego jeszcze ten „mój prawnik”. Kupka nieszczęść. Pocił się jak mysz i starał się mnie bronić, ale skutecznie mu to utrudniałam:
- Czy oskarżona przyznaje się do popełnienia zarzucanego jej czynu? - zapytał sędzia. Adwokacina poderwał się z miejsca, chciał coś powiedzieć, ale ubiegłam go mówiąc:
- Tak, wysoki sądzie, przyznaję się. - Po sali rozszedł się szmer zdziwienia zmieszanego z oburzeniem.
- Czy oskarżona jest pewna swojego oświadczenia?
- Tak. Zabiłam ją! Co jeszcze chcecie usłyszeć?
Na te moje słowa adwokacina opadł na swoje miejsce. Blady jak ściana i bliski ataku serca.
Kto ci zafundował taką traumę? -pomyślałam patrząc na niego z litością
Spojrzałam w oczy męża. Jeszcze męża, jednak znając zdolności mamusi, już niedługo... Patrzył na mnie jak zbity pies. Zawsze patrzył w ten sposób w chwilach zawahania i zdenerwowania. Jak ja nienawidziłam tego spojrzenia! Przez myśl przebiegło mi, że zabiłam nieodpowiednią osobę. Źle to rozegrałam. Odwróciłam głowę, skupiłam wzrok na trwałej ondulacji teściowej.
Uśmiechała się pod nosem. Teraz była naprawdę szczęśliwa. Dopięła swego! Rozdzieliła mnie ze swoim synem. Od zawsze tego pragnęła, od momentu, w którym ją poznałam. To ona była przyczyną wszystkich moich nieszczęść i spowodowała, że oddaliłam się od męża. Od samego początku oczerniała mnie w jego oczach. A wszystko zaczęło się od tego, że nie mogliśmy mieć dzieci... Cała winą obarczyła mnie, nawet przez chwilę nie pomyślała, że do tego trzeba dwojga. Teraz zapewne odtrąbi sukces, w towarzystwie koleżanek z kółka brydżowego. A one będą jej współczuły takie zwyrodniałej synowej. Będą ją klepać po pleckach, gdy będzie łkała nad losem swego, biednego synusia! Ciekawe czy już się do niej wprowadził...? A może ona mieszka w naszym mieszkaniu i mojej kuchni gotuje mu obiadki.

- Czy oskarżona chce coś dodać? - zapytał sędzia
- Nie!- krzyknął mecenasina.
- Tak... - powiedziałam wstając – Chcę powiedzieć, że niczego nie żałuję. Gdybym miała zrobić to jeszcze raz, nie zawahałabym się.
Na sali rozbłysły flesze. Trzask migawek aparatów przypominał trzepot skrzydeł stada gołębi podrywającego się do lotu. Mecenasina zbladł jeszcze bardziej, po czym krzyknął:
- Wysoki sądzie, wnoszę o zbadanie czy moja klientka była poczytalna w chwili popełnienia domniemanej zbrodni...
- Oddalam wniosek. Oskarżona została poddana badaniu psychiatrycznemu, które nie wykazało żadnych odchyleń...
- Wnoszę o powtórne badanie!
- To zbyteczne! - odezwał się prokurator – Wydaje mi się, że nie ma sensu przedłużać... wysoki sądzie do akt sprawy została dołączona opinia biegłego psychiatry. Stwierdził on, iż oskarżona w chwili popełnienia czynu była całkowicie poczytalna.
- Tak, ale... - mecenasina nie dawał za wygraną.
- Panie mecenasie... - ponownie przemówił prokurator – … gra na zwłokę nie ma sensu.


P.S. Dajcie znać jak Wam się podobają dalsze losy bohaterki opowiadania. Czekam na Wasze opinie. Zamieszczajcie je w komentarzach. Już niebawem kolejna część... 

środa, 27 stycznia 2016

Premiera na blogu! Sprawdźcie koniecznie.


30 stycznia 2016 roku
premiera na blogu!
 
W najbliższą sobotę na blogu pojawi się całkiem nowa, premierowa i nigdzie niepublikowana część opowiadania "Idiotka".
Jeśli jesteście ciekawi, zajrzyjcie koniecznie.
 
A jeśli chcecie być na bieżąco zapraszam do polubienia fanpage'a na Facebooku:
 
 

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Kilka słów w kwestiach zasadniczych...

Witajcie!
W zasadzie od tego powinnam zacząć.
Publikuję poniższą informację, tak by już nikt nie miał wątpliwości co do treści zawartych na moim blogu i by nikt już się z nimi nie utożsamiał i nie doszukiwał podobieństw.

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są moją wyłączną własnością. Wszelkiego rodzaju kopiowanie i rozpowszechnianie ich jest zabronione.
Jednocześnie informuję, iż wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest przypadkowe i nie ma swojego odzwierciedlenia w rzeczywistości.

Puzzel


Alicja siedziała na pomoście. Przez ciemne okulary obserwowała swoją rodzinę na maleńkiej plaży nad brzegiem jeziora. Patrzyła na swoich braci, na ich żony i dzieci. Spoglądała na leżącą na kocu młodszą siostrę, która niebawem wychodzi za mąż. Słyszała radosne piski bratanków i bratanic. Stanowczy głos ojca karcącego wnuki i krzyk matki zwiastujący pojawienie się piknikowego kosza, wypełnionego smakołykami. Wyglądali na szczęśliwych. Idealni, niczym rodzina z reklamy.
Z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej czuła się jak intruz. Jak obcy, który bezczelnie wkracza w czyjeś poukładane życie. Od dawna wiedziała, że to ona jest słabym ogniwem tego łańcucha.
Była jak puzzel, niepasujący do układanki. Puzzel z innego obrazka, który przypadkiem trafił do nieodpowiedniego pudełka. Czuła, że nie pasuje do pozostałych. Jej brzegi zmienił kształty, wyostrzyły się i nie można dopasować jej do układanki o nazwie „rodzina”. A przecież od dziecka do niej pasowała. Z zamkniętymi oczami, kierując się intuicją, mogła wczepić się w obrazek.
Co się stało? Dlaczego teraz jest inaczej? Kiedy stała się starym, odrapanym i podartym puzzlem z brakującymi elementami? Elementami spajającymi ją z pozostałą rozsypanką? Dlaczego nikt nie chce tego puzzla? Nikt o niego nie walczy. Czy jest już za stary? Zbyt stary, by była szansa go naprawić? To wymaga dużo cierpliwości i czasu, które trzeba by zmarnować, bez gwarancji sukcesu, trwałego połączenia...

Życie i doświadczenia jakie ze sobą niosło, wyżłobiło trwale jej puzzel. Nieudane małżeństwo, ciągle zmieniana praca i miejsce zamieszkania, miały swój udział w kształtowaniu jej samej i jej części układanki. Nie jest już takim samym jej elementem, jak jeszcze rok temu. Czy pozostali o tym wiedzą, czy właśnie przez to nie starają się jej na siłę, mimo wszystko dopasować? A może wolą zastąpić ją innym puzzlem, podać go obróbce, by wpasował się w jej miejsce. Zapewne mieli nadzieję, iż zbuduje własną układankę, z innymi puzzlami. I próbowała, ale tamten puzzel – w postaci jej męża - nie pasował do niej trwale i poddany próbie wytrzymałości, odpadł, przenosząc się do innego obrazka.
A ona chcąc powrócić do rodzinnej układanki, zdała sobie sprawę, że może to być jedynie krótki wakacyjny powrót, a nie stałe zajmowanie miejsca w rodzinnym pudełku.

niedziela, 24 stycznia 2016

"Światło"

Witajcie!
Dziś publikuję opowiadanie. Przypłynęło do mnie wczoraj, wieczorową porą. Wierciło mi dziurę w głowie, tak długo, aż przelałam je na papier. Teraz dzielę się nim z Wami.

                                                                "Światło"
Kiedy miała dziesięć lat odkryła w sobie ten dar. Nigdy wcześniej o nim nie wiedziała. Tamtego dnia znalazła zgubioną przez koleżankę błękitną kokardę do włosów. Gdy podniosła ją z trawnika, zobaczyła zbliżające się w jej kierunku jasne, ciepłe światło. Wcześniej nigdy nie widziała czegoś podobnego. Światło zatańczyło wokół niej i otuliło ją swoim ciepłem. Poczuła jak rozlewa się w jej ciele i dociera do każdego miejsca, aż po koniuszki palców. Czuła się błogo i bezpiecznie. Zamknęła oczy. Pod jej powiekami zaczęły przesuwać się obrazy: mała, zapłakana dziewczynka schowana w ciemnym zakamarku strychu. Drżąca na każdy najdrobniejszy dźwięk i szmer. Zobaczyła też piękną kobietę o blond włosach i z ogromnymi siniakami na rękach. To wszystko trwało ułamki sekund. Potem światło odpłynęło i znów została sama, z błękitną kokardą w dłoni i ze świadomością, że ludzie z tych obrazów to rodzina jej koleżanki.

Wtedy nie powiedziała o tym nikomu. Była zbyt przerażona i przekonana, że i tak nikt by jej nie uwierzył.

Dziś stojąc nad brzegiem jeziora i patrząc na leżący przed nią różowy, dziecięcy bucik, wahała się czy go podnieść. Pierwszy raz – od tamtego momentu przed laty – bała się tego, co mogłaby zobaczyć. Z drugiej strony wiedziała, że jeśli tego nie zrobi, nie będzie mogła o tym zapomnieć i wyrzuty sumienia nie pozwolą jej funkcjonować normalnie.

Przez całe życie starała się unikać wizji. Po prostu nie dotykała rzeczy należących do innych ludzi. Niczego od nich nie pożyczała, a widząc zgubioną przez kogoś rzecz, omijała ją szerokim łukiem. Nigdy nie wiedziała, co zobaczy. Czasami widziała obrazy pięknych chwil, radość i uśmiechy dzieci. Innym razem był to strach, rozpacz, cierpienie, gniew, zapłakane kobiety i przerażone dzieci. To właśnie tych obrazów starała się unikać. Ludzie, z którymi się wiązały budzili w niej współczucie, niekiedy nawet rozpacz. Wydawało jej się, że bez zaproszenia, nachalnie wkracza w ich życie. Jest podglądaczem, wścibską sąsiadką. Potem nie umiała spojrzeć im w oczy, nie mogła już z nimi rozmawiać. Wiedziała, że skierowałaby rozmowę na temat obrazów z wizji, temat cierpienia i strachu, którego z pewnością nie chcieliby poruszać. Unikanie takich osób – według niej – było lepszym wyjściem niż podążanie z niepotrzebną pomocą. Pomocą, którą strach kazałby im odrzucić. Jednak ignorowanie takich przypadków nie było łatwe i wielokrotnie musiała powstrzymywać się przed interwencją.

Znów popatrzyła na leżący u jej stóp maleńki bucik. Jego właścicielka miała najwyżej dwa lata. Bucik był niewielki, z pewnością zmieściłby się na dłoni. Podniosła wzrok i spojrzała na rozpościerające się przed nią jezioro. Trwało niezmącone najmniejszą nawet falą.
Rozejrzała się dokoła. Była zupełnie sama, z oddali do jej uszu dobiegał dźwięk cykających świerszczy. Słońce leniwie sunęło w stronę horyzontu, wieczór był już na wyciągnięcie ręki.
Odetchnęła wdychając zapach nadchodzącego zmierzchu. Kucnęła i wzięła bucik do ręki. Opuściła powieki. Zobaczyła roztrzaskany o drzewo samochód, później szpital. Podążała korytarzem i znalazła się w jednej z sal. Na łóżku leżała szczupła brunetka. Była podpięta do różnego rodzaju aparatów i zaplątana w niezliczoną ilość rurek. Tuż przy jej łóżku siedział młody mężczyzna. Po chwili spostrzegła, że płacze. W tym momencie wizja się urwała.  Otworzyła oczy, nadal była na brzegu jeziora. Wyprostowała się, w dłoni nadal ściskając różowy bucik. Za swoimi plecami usłyszała czyjś głos. Odwróciła się:
- Dobry wieczór, pani. – powiedział idący w jej kierunku mężczyzna, pchający dziecięcy wózek.
- Dobry wieczór... - odpowiedziała i głos uwiązł jej w gardle, bo właśnie rozpoznała przed sobą mężczyznę ze swojej wizji.
- O! Znalazła pani, bucik mojej córki. Musieliśmy zgubić do gdy tu rano spacerowaliśmy
- A, tak. Proszę – podała mu zgubę. Nadal nie mogła dojść do siebie. Nie wiedziała jak ma z nim rozmawiać. Miała wrażenie, że zna go tak dobrze, jak starego przyjaciela.
- Idzie pani, w stronę miasteczka?
- Yyy..., tak.
- My też, może pójdzie pani z nami.
Wahała się, nie wiedziała co zrobić. Wreszcie ruszyła w mrok za oddalającym się mężczyzną.

piątek, 22 stycznia 2016

Dziecięce zimowe wspomnienia

Nareszcie mamy prawdziwą zimę. Nieprzerwanie od kilku dni utrzymuje się pokrywa śnieżna. I bardzo dobrze, przecież od kilku dni mamy ferie zimowe, no nie wszyscy, ale po kolei... U niektórych ferii jeszcze nie widać, a inni zaraz przekroczą półmetek odpoczynku. Dzieciaki z tysięcy szkół doczekały się białych ferii. w ostatnich latach było to trudne, niewykonalne wręcz. W czasie przerwy w nauce śniegu brakowało, albo było go tyle, co kot napłakał. w tym roku uczniom się poszczęściło.
Gdy padają duże, gęste płatki śniegu - wszystkich nas nachodzą  refleksje. Śnieg ma tę magiczną moc, która przenosi nas w czasy dzieciństwa i przywołuje wspomnienia. Przypominają nam się wtedy wszystkie szalone zabawy na śniegu. Ekscytujące zjazdy na sankach, nartach i na czym tam się tylko dało... Wspominamy bitwy na śnieżki, ogromne bałwany i misternie lepione igloo. Wesołe, rozpędzone kuligi, pełne śmiechu i z nutką adrenaliny. Patrząc na spadający z nieba biały puch, uśmiechamy się pod nosem, oczami wyobraźni widząc siebie na sankach. Małą dziewczynkę lub małego chłopca z przemarzniętym nosem, mokrymi stopami lub rozdartymi spodniami. Podświadomie tęsknimy za szalonymi zabawami na śniegu. Za wygłupami w gronie przyjaciół i kolegów z podwórka. Za konkursami na największego bałwana, najdłuższy zjazd na sankach.
Z wiekiem wyrastamy z tego, stajemy się bardziej poważni, niektórych rzeczy nie wypada nam robić. Jednak wciąż mieszka w nas ta mała dziewczynka lub chłopiec, którzy nadal chcą się bawić. Co tu dużo mówić, sama mam ochotę pójść na sanki. A padający wciąż śnieg tylko potęguje we mnie tę chęć i nieustanną myśl o zabawie na śniegu.
Teraz już prawie nikt nie zjeżdża z górki, na której jeszcze dziesięć lat temu trzeba było stać w długiej kolejce do zjazdu. Zabawę na śniegu zastąpiły komputery, tablety i konsole do gier. Grając na nich dzieci zabijają czas i powoli zamiera w nich ochota na jakiekolwiek wyjście z domu. A sanki, narty i inny sprzęt do zjeżdżania leżą w piwnicach i garażach, pokrywając się kurzem i rdzą.

sobota, 16 stycznia 2016

"Idiotka" - część kolejna

Witajcie!
Zapraszam do lektury kolejnej części mojego opowiadania. Wiem, że są wśród Was osoby, które oczekiwały tej chwili z ogromną niecierpliwością.
Już dziś mogę Wam zdradzić, iż "Idiotka" nadal się pisze... i już wkrótce sami będziecie mogli ocenić, czy są to udane próby kontynuacji. Ale póki co przed Wami część czwarta, zapraszam...



O świcie budzi mnie kac i przepełniony pęcherz. Muszę iść do pracy. Boję się tego. Mam wrażenie, że gdy tylko wyjdę na ulicę ludzie rozpoznają we mnie zabójczynię. Nie, przecież nie
zostawiłam żadnych śladów. Nie myśl o tym! Nie pozwól żeby to przejęło nad tobą kontrolę. Panujesz nad wszystkim. Niczego ci nie udowodnią.
Dzień w redakcji mija szybko. Wypełniony jest uściskami i współczuciem. Wszystkim jest przykro,
ponieważ straciłam przyjaciółkę. Wychodzę z pracy zmęczona i zirytowana. Przepełnia mnie złość. Szybko idę do auta. I co widzę? Mój mąż opiera się o maskę mojego samochodu. W ręce trzyma wiecheć kwiatów. Tylko tego mi brakowało! Co on tu robi, w porze obiadku u mamusi
ślęczy pod redakcją? Może nie przyszedł do mnie... Może flirtuje z kimś z redakcji... - łudzę się w
myślach. Powoli idę w jego stronę. Dostrzega mnie i rusza mi naprzeciw:
- Kochanie, witaj! Pięknie dziś wyglądasz... - zaczyna od komplementów, chce się wkupić w moje
łaski. Zatrzymuje się przede mną i wyciąga rękę z bukietem herbacianych róż:
- Proszę, kupiłem je specjalnie dla ciebie. To twoje ulubione kwiaty. Rano gdy przechodziłem obok
kwiaciarni i je zobaczyłem, pomyślałem, iż są stworzone dla ciebie...
Nie mogę uwierzyć własnym oczom i uszom. Co on wyprawia? Udaje głupiego? Co to? Uderzył
się w ten pusty łeb i dostał amnezji?
- Czego chcesz? - warczę, mijam go i podchodzę do samochodu.
- Chcę porozmawiać...
Otwieram drzwi i rzucam laptopa na tylne siedzenie.
- Nie mam o czym z tobą rozmawiać!
- Proszę wysłuchaj mnie...
Ale ja go nie słucham. Wsiadam za kierownicę mojego volvo i odjeżdżam. Nie jadę do domu.
Muszę uzupełnić zapasy. Od dawna nie ruszałam się z domu i dziś rano zorientowałam się, iż w
mojej lodówce jest już tylko światło.

Podjeżdżam pod galerię handlową. Ruszam do supermarketu. Po drodze mijam kiosk z prasą. W oczy rzuca mi się nagłówek na pierwszej stronie konkurencyjnej gazety:„ Tragiczny finał poszukiwań zaginionej mieszkanki naszego miasta”.
Znaleźli ją!- przebiega mi przez myśl, a czoło zrasza mi zimny pot. Trzęsącymi się rękoma biorę
gazetę z wystawki. Z trudem udaje mi się wydobyć z torebki portfel. Płacę i już mam odchodzić
gdy sprzedawca mówi:
- Słyszała pani o tym zabójstwie? Taka młoda dziewczyna... Była w wieku mojej córki. Och, jak ja
bym dorwał w swoje ręce tego, co to zrobił! To musiał być jakiś zboczeniec! Nikt normalny nie
morduje takiej pięknej kobiety. To pewnie jakiś świr! I jeszcze zakopał ją w lesie jak psa... Co się
na tym świecie porobiło...?
Nie potrafię odpowiedzieć.
- Dziękuję – mamrotam pod nosem i szybkim krokiem odchodzę.
Jak cień poruszam się pomiędzy półkami, robiąc zakupy. Mam wrażenie, że wszyscy patrzą na
mnie i już wiedzą... Oddycham z ulgą gdy wreszcie znajduję się w samochodzie.
Jak najszybciej do domu! Jak najszybciej!
Przypominam sobie o gazecie. Na pierwszej stronie widnieje zdjęcie idiotki. Nienagannie ubrana,
elegancko uczesana uśmiecha się do mnie. Czytam artykuł: „Wczoraj nad ranem policja
zakończyła poszukiwana zaginionej mieszkanki naszego miasta. Niestety miały one tragiczny
finał. Ciało kobiety znaleziono w zaroślach koło stawu w miejscowym parku. Ostatecznie
wykluczono samobójstwo. Policja prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa. Jak powiedział
nam rzecznik policji nadal poszukują sprawcy, po kolei badając wszystkie tropy. Osoby, które
w ostatnich dniach widziały kobietę ze zdjęcia, proszone są o kontakt z miejscowym
komisariatem policji. Każdy nawet najbłahszy szczegół może pomóc policji w rozwikłaniu
zagadki tajemniczej śmierci kobiety...”
O matko! Już po mnie! - myślę, odpalam silnik i ruszam – Byle do domu...
Jadę przez centrum miasta. W oddali dostrzegam radiowóz. W mojej głowie zapala się
czerwona lampka. Już wiedzą...
Policjant nakazuje mi zjechać na pobocze. Przez moment mam ochotę przyspieszyć i uciec, ale nie
robię tego. Posłusznie zatrzymuję samochód. Podchodzi do mnie i puka w szybę. Opuszczam ją:
- Dzień dobry. Komenda miejska policji. Zapraszam do radiowozu. Proszę wziąć ze sobą
dokumenty – mówi policjant.
Wysiadam i idę za nim. Już po mnie, już po mnie– panikuję w myślach.
- Czy zna pani powód kontroli? - pyta drugi policjant.
Cholera, każą mi się przyznać?!
- Przekroczyła pani prędkość. I to o 30 km.
Uff! Jeszcze nie pora...
- Tak? - udaję zaskoczoną
- Tak. Dokąd się pani tak spieszy?
- Wracam z pracy do domu...
- Niestety jesteśmy zmuszeni ukarać panią mandatem karnym...
Upiekło mi się. Na razie... - z oddycham z ulgą idąc do samochodu.
Pół godziny później parkuję przed domem. Wyciągam zakupy i wtaczam się z nimi powoli
na górę. Dźwigam też torbę z laptopem i zgrzewkę wody mineralnej. Docieram na swoje piętro i co
widzę? Mój były siedzi na wycieraczce oparty plecami o drzwi.
Wierny jak pies! - przelatuje mi przez myśl.
Na mój widok zrywa się z podłogi i wyrywa mi z ręki zgrzewkę wody:
- Daj, pomogę ci! Kobiet nie powinna dźwigać takich ciężarów.
- Jakoś wcześniej ci t nie przeszkadzało – syczę – Czego chcesz? - mówię chyba odrobinę za
głośno. Słyszę ciche szuranie kapci pod drzwiami sąsiadki. Ta kobieta wie wszystko co dzieje się w
naszej kamienicy, a jak nie wie to sobie dopowie, nazmyśla i zawsze ma wiadomości z pierwszej
ręki.
- Nie tutaj! - mówię.
Przecież nie miałam zamiaru wpuszczać go do środka. Ale nie zamierzam być głównym tematem
rozmów okolicznych plotkarek. Pewnie i tak już wiedzą, że się wyprowadził i że siedział na
wycieraczce. W mieszkaniu zabiera mi torbę z zakupami i stawia na kuchennym stole. A ja w tym
czasie zdejmuję buty:
- Mów czego chcesz. Mam dużo pracy!
- Chciałem porozmawiać...
- O czym?
- O nas. Ja...
- Nie ma już nas! Jesteśmy ty i ja. Osobno, nie razem! Trudno ci to zapamiętać?
- Trudno. Przecież było nam razem dobrze? Prawda?
- Tak... Czuję że chwyta mnie za serce. Wie jak mnie podejść. W końcu to prawnik.
- Zatem po co to zmieniać? Burzyć to co nas łączy.
- Bo od jakiegoś czasu nic nas już nie łączy? Bo tyle miesięcy żyliśmy razem, a jednak osobno? Bo
miałeś kochankę? Bo dawno nie powiedziałeś mi, że mnie kochasz i, że ci na mnie zależy! -wyrzucam z siebie.
- Przecież to oczywiste, że tak jest. - podchodzi do mnie i kładzie mi ręce na ramionach. Spuszczam
głowę. Nie mogę, nie chcę potrzeć mu w oczy.
- Wróć do mnie... Proszę, moje życie bez ciebie... ja nie istnieję gdy nie ma cię przy mnie.
Zaczynam mięknąć. W ustach czuję słony smak łez. Nie zdołam ich już zatrzymać. Zagryzam
wargi. On unosi mi brodę, patrzę mu teraz prosto w oczy.
- Kocham cię...
Wpatrując się w jego twarz mówię:
- Kochasz mnie?
- Tak, najbardziej na świecie!
- A mimo to zdradzałeś mnie z tamtą idiotką! I co teraz? Kochanki nie ma, więc można wrócić do
żonki? - wyrywam się z jego objęć. Podchodzę do torby z zakupami i wypakowuję jej zawartość na blat stołu.
Nie patrzę na niego. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jak bardzo go kocham. Jak mi go brakuje.
Dotyku jego dłoni, smaku jego ust. Tych wszystkich uścisków, uśmiechów, a przede wszystkim
jego bliskości. Tego, że jest obok mnie w nocy, drapie mnie swoim zarostem po ramieniu, budząc
mnie. Brak mi poczucia bezpieczeństwa, zapachu jego perfum w łazience, jego koszul i marynarek
w szafie... serce nie chce pamiętać co zrobił, chce kochać, ale głowa wysyła mi sygnały
ostrzegawcze. Jestem rozdarta. Z jednej strony chcę, by wszystko było jak dawniej, a z drugiej
zastanawiam się czy w ogóle może jeszcze tak być. Milczę, a on nadal mówi:
- Spróbujmy, skarbie. Ty spróbuj mi wybaczyć. Jeśli nie będziesz potrafiła – odejdę. Zniknę z
twojego życia raz na zawsze.
- A twoja matka? - pytam.
- Co ona ma do tego? - jest zaskoczony.
- Zaczęła już świętować nasze rozstanie! Wie, że tutaj jesteś?
- Kochanie, ja mam trzydzieści dwa lata. Nie muszę ze wszystkiego tłumaczyć się matce.
Akurat! - uśmiecham się w duchu.
- Zapewne nie omieszkała wyrazić swego skromnego zdania w tej kwestii. Doskonale wiemy, iż jej
się to nie spodobało.
- To moje życie, nasze. Ona może mieć swoje zdanie i tyle. Nic mnie to nie obchodzi!
Podchodzi do mnie i obejmuje mnie w pasie:
- Kocham cię! Moja matka tego nie zmieni, choćby przewróciła świat do góry nogami.
Czyżby wrócił mój mecenas? Ten którego poznałam lata temu. Czuły, opiekuńczy, delikatny.
Mężczyzna, w którym zakochałam się na zabój. Ten z pierwszej randki. Co się stało, że z czasem
tak oddaliliśmy się od siebie? Wtedy stał się taki skryty, zaborczy. Zupełnie jakby przemawiał na
sali sądowej a nie do swojej żony. A teraz wrócił naprawdę? Czy tylko gra, by miękczyć moje
serce? Udobruchać mnie... Nie wiem co robić. Nic nie wiem. To wszystko jest takie
skomplikowane...
- Nie mogę ci teraz odpowiedzieć. Muszę to przemyśleć... daj mi trochę czasu.
- Zaczekam tyle, ile będzie trzeba. Choćby do końca życia – odpowiada z uśmiechem i całuje mnie
w czoło.
Dwa dni później śpimy już w jednym łóżku. Jak nowożeńcy. Zdecydowałam się mu
wybaczyć. Nie wiem, może jeszcze będę tego żałować, ale życie jest zbyt krótkie, by cierpieć. Nie
chcę już pamiętać o zdradzie. Nie chcę już czuć słonego smaku łez. Chcę być szczęśliwa...
Staram się także nie myśleć o idiotce, o tym co zrobiłam. Cieszę się szczęściem u boku mojego
mecenasa. Oby to trwało jak najdłużej.
Minęło już tyle czasu od tamtego wydarzenia w parku. Coraz mniej o tym myślę, ale ona
wraca do mnie w snach. Śmieje mi się wtedy w twarz. Tak jak przed śmiercią. Emanuje z niej
ogromna pewność siebie... Ten sen nigdy się nie kończy. Zawsze urywa się w tym samym
momencie: gdy stoję nad nią patrząc na jej martwe ciało... I tak śni mi się to co kilka dni.


Pewnej nocy budzę się z właśnie takiego snu. Jestem sama w pustym łóżku.
Gdzie mecenas?- myślę, siadam na łóżku i opieram się plecami o ścianę.
W tym samym momencie on wchodzi do sypialni ze szklanką wody w ręce:
- Co się stało, skarbie? Źle wyglądasz. Jesteś taka blada...
- Miałam zły sen...
- Wszystko ok?
- Nie! Nic nie jest w porządku!- wybucham.
- Jak to?
- Muszę ci o czymś powiedzieć.
- Teraz? O trzeciej rano?
- Tak. Dłużej nie wytrzymam.
- O co chodzi?- mówi siadając w nogach łóżka.
- O twoją kochankę!- krzyczę – Zabiłam ją! - dodaję ciszej – A ciało ukryłam w zagajniku koło
stawu!
Milczy. Z opuszczoną głową wpatruje się w podłogę.
- Dlaczego nic nie mówisz? - pytam i przysuwam się do niego.
- Wiem o tym... - odpowiada nadal nie patrząc na mnie.
- Co takiego? - nie wierzę w to co słyszę.
Podnosi na mnie wzrok:
- Widziałem was wtedy... ciebie z nią, gdy szłyście do parku...
- Co?
- Tak. Wiem co zrobiłaś...
- Dlaczego nic z tym nie zrobiłeś?! Dlaczego nie pobiegłeś na policję?! Ty, pan mecenas, obrońca
pokrzywdzonych, ten który stoi po stronie prawa?! - jestem w ogromnym szoku.
- Bo cię kocham... i nie umiem bez ciebie żyć. Nie chciałem cię stracić...
- I nie potępiasz mnie? Jestem zabójczynią! Jak możesz kochać mnie taką...
- Kocham cię bez względu na wszystko. - mówi i całuje mnie.
- Co dalej?
- Nic.
- Jak to nic?! Nie chcesz, żebym się przyznała?
- Po co? To niczego nie zmieni... Nie zwróci jej życia. A ja nie poradzę sobie bez ciebie. Zginę,
oszaleję... nie wytrzymałbym rozłąki z tobą.
Nie mogę się otrząsnąć. Co on mówi? Jeden z najlepszych prawników w mieście chce ukryć
zbrodnię i dalej spokojnie żyć, ze swoją żoną – zabójczynią.
To mi się chyba śni?
- Śpijmy już. - mówi spokojnie i przyciąga mnie do siebie.
On chyba oszalał?! Nie umiem tego zrozumieć. Zaczynam zastanawiać się nad pójściem na policję
i przyznaniem się do wszystkiego...
Wstaję następnego dnia z przeświadczeniem, że to wszystko mi się wydawało. Że ta
wczorajsza rozmowa nie miała miejsca. To był kolejny sen.
- Witaj, kochanie! Jak się czujesz?
- Dziwnie – odpowiadam – Jestem trochę skołowana. Nasza wczorajsza rozmowa...
- Nie wracajmy do tego, proszę...
- Nie boisz się, iż to nas zadręczy? Nie pozwoli nam normalnie żyć? Będzie do nas wracać jak
fatum?
- Damy sobie z tym radę. Razem.
- Powiedziałeś o tym komuś? O swoich przypuszczeniach?
- Nie. To nasza tajemnica. Nie umiałbym cię zdradzić drugi raz... - mówi i spokojnie robi sobie
śniadanie.
Dziwnie się czuję, boję się. Nie, ja tego nie wytrzymam. Muszę coś z tym zrobić. Nie mogę tego
tak po prostu zapomnieć... Stoję w kuchni przy oknie. Na zewnątrz zaczyna padać śnieg. Niedługo
zakryje wszystko swoją bielą. Myślę o tamtym miejscu... jak będzie wyglądało przykryte białym
puchem... Z rozmyślań wyrywa mnie dzwonek do drzwi.
-Otworzę! - słyszę głos mecenasa w korytarzu. Rozpoznaję też głos teściowej.
A ta tutaj po co? - myślę zirytowana. Idę w kierunku drzwi.
- To ona, panie władzo! - wrzeszczy teściowa pokazując na mnie – To ona, zabójczyni!
Mój mąż patrzy na wszystko z boku. Jest blady jak ściana. Drżą mu ręce.
- Proszę ją aresztować! - krzyczy mamusia i wpycha do naszego mieszkania dwóch
zdezorientowanych policjantów.
Spoglądam na mecenasa. Stoi ze spuszczoną głową. Nie umie spojrzeć mi w oczy. Milczy.
- Powiedziałeś mamusi?! Nie wierzę. - mówię.


P.S. Wybaczcie formę tekstu. Mam nadzieję, że jest on dla Was czytelny. Na swoje usprawiedliwienie dodam, iż cały czas uczę się publikowania postów i edycji testu. Jak sami widzicie, jeszcze wiele przede mną...

piątek, 15 stycznia 2016

Dziesięć lat to dużo i mało...


Jeszcze wczoraj wydawało mi się, że czas płynie całkiem normalnie, powoli. Że z racji na mój wiek trudno mi będzie dostrzec jego tempo. Okazało się, iż byłam w wielkim błędzie. Czas nieubłaganie dosięga nas wszystkich. Bez względu na płeć, wiek, miejsce i inne czynniki, które pozawalają nam go definiować. Jego zastraszające tempo z reguły jest dla nas – ludzi niedostrzegalne. Dopiero w konfrontacji z rzeczami i ludźmi, wydarzeniami i wspomnieniami dostrzegamy jego bieg, a nawet sprint.

Ja sama obudziłam się ze snu okrytego mgłą złudzeń po wejściu na portal społecznościowy. Ten z błękitnym kciukiem skierowanym d góry. Ok, powiem wprost. Otrząsnął mnie facebook, inaczej nadal trwałabym, przysypana zaspą dziecięcych złudzeń.

Właśnie na facebook'u odkryłam, iż nic nie stoi w miejscu. Zdałam sobie z tego sprawę, że dziesięć lat to z jednej strony mało – patrząc ogólnikowo visa vis wieczności. Z drugiej to wystarczająco wiele, by wszystko uległo gruntownej przemianie. Zobaczyłam tam zdjęcie pana X. Nie widziałam go dziesięć lat. Chociaż wcześniej byliśmy dość blisko. Zapamiętałam X jako małego chłopca, właściwie młodzieńca drobnej budowy ciała – patykowatego, o niskim wzroście. Teraz X jest już powiedzmy mężczyzną i co więcej na sto procent nie byłabym w stanie teraz go poznać. Kto wie, może mijałam go na ulicy. Nie rozpoznałam twarzy, bo szukałabym chłopca, a on strasznie się zmienił Jest teraz zupełnie inną osobą. To uświadomiło mi pędzący niczym pociąg pośpieszny czas. X jest idealnym tego przykładem. Jednak nie wszyscy ludzie tak bardzo zmieniają się pod wpływem czasu. J to poniekąd wprowadza mnie w błąd. Niektórzy trwają niezmiennie od lat, nietknięci zębem czasu. Inni starają się ukryć skutki upływu kolejnych wiosen. Z różnym skutkiem.

Być może ja także zmieniłam się wraz z biegiem lat. Samej trudno mi to określić. Nawet zdjecia nie pomagają mi tego zobrazować, uzmysłowić sobie. Patrząc na nie nie umiem dostrzec tego, co się zmieniło i tego co pozostało takie samo.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

"Idiotka" część kolejna.

Witajcie!
Dzisiejszy wpis z dedykacją dla wszystkich, którzy oczekiwali dalszych losów bohaterki opowiadania "Idiotka".
A wszystkim, którzy mieli już okazję czytać "Idiotkę" chcę przekazać, iż trwają prace nad kontynuacją opowiadania. Niebawem będziecie mogli sami ocenić ich efekty.


                                                          ****

Miałam dziś nietypowego gościa. Nie spodziewałam się takiej wizyty. Odwiedził mnie były mąż tamtej idiotki. Tak BYŁY mąż...

Ubrany na czarno. Czyżby w żałobie? Po kim? Po niej? Przecież rozstali się prawie dwa lata temu. To było jeszcze w czasach kiedy ja i ona przyjaźniłyśmy się naprawdę. Podobno ją zdradził na wyjeździe służbowym. Z koleżanką z pracy. I jeszcze zrobił tamtej kobiecie dziecko. A jego żona – idiotka – od wielu lat marzyła o dziecku. Znienawidziła go za to - ja zresztą też - w imię damskiej solidarności. Zawsze opisywała mi swego mężusia jako wzór cnót. Kochający maż, oddany pracownik. Bardzo dobrze zarabia. Nie wiem dokładnie gdzie pracuje, ale jest to branża finansowa. Ma więc dużo kasy. Mógł sobie pozwolić na romanse i flirty. Niektóre kobiety lgną do kasy jak pszczoły do miodu...

Wszedł do mojego mieszkania i w progu uściskał mnie czule.

Co jest?- pomyślałam. Zaskoczył mnie, nigdy nie był wylewny w uczuciach.

-Witaj, kochana! Wiem jak ci ciężko po tym co się stało. Wy byłyście z moją żoną bardzo blisko.

Byłą żoną – poprawiłam go w myślach.

-Tak, była moją przyjaciółką... I kochanką mojego męża – podpowiadał mi uparcie mózg.

- To musi być dla ciebie straszny czas.

- Tak. A dla ciebie nie?

- Och, też. Bardzo ją kochałem. Była dla mnie wszystkim...

Ta, a zdradziłeś ją z miłości?!

- Trudno mi pogodzić się z jej stratą... - powiedziałam najżałośniej jak potrafiłam - Wiesz coś nowego? Czy są jakieś nowe fakty?

- Nie, policja nic nie wie. Mogę usiąść? - gestem wskazał kanapę

- Jasne. Napijesz się czegoś?

- Nie. Przyszedłem tylko na chwile...

Usiadłam na fotelu naprzeciw kanapy, cały czas utrzymując z nim kontakt wzrokowy. Miałam ochotę wyrzucić go za drzwi. Wykrzyczeć, iż nie chcę z nim rozmawiać i nie chcę mieć niczego wspólnego z nim i tamtą ździrą, Już nabrałam powietrza w płuca, gdy on wypalił:

- Chciałem zapytać cię o coś... znaczy chodzi o nią...

Cholera! Czego on chce? -tłukło mi się w głowie.

- Czy rozmawiałyście o mnie czasem? - zapytał.

- Nawet jeśli, to niczego ci nie powiem...

- Nie, chodzi mi o pewną sprawę...

- Słucham, o co konkretnie?

- Wiesz, że zdradziłem ją... i dlatego mnie zostawiła, a ja...

- Gdybyś jej nie upokorzył, bylibyście razem nadal.

- Wiem, to był wielki błąd – opuszcza głowę gapi się na swoje dłonie.

- Bardzo ją skrzywdziłeś!

- Mówiła ci, że chciałem do niej wrócić?

- Co?! - prawie krzyczę.

- Tak. Ostatnie dwa miesiące starałem się przekonać ją, iż zależy mi na niej. Chciałem uświadomić jej, że się zmieniłem i nie mogę bez niej żyć. Ale ona zburzyła moje marzenia, mówiąc, iż ma kogoś i kocha go.

Słucham go zdziwiona i przerażona. W tej chwili uświadamiam sobie kogo miała na myśli. Zaczyna docierać do mnie, iż w pewnym sensie przyczyniłam się do jej romansu z moim mecenasem. Cholera! To ja namówiłam go, żeby reprezentował ją w sądzie, w czasie rozpraw rozwodowych. Ja sama wepchnęłam go w jej ramiona. Ona była załamana po zdradzie, a mój mężuś służył jej ramieniem i zapewne pocieszał w jej przytulnym mieszkanku. A gdy wracał do domu udawał śmiertelnie zmęczonego pracą. Przez te dwa miesiące nie mieliśmy czasu nawet szczerze porozmawiać ze sobą. Nie mówiąc już o sypialni...

- Powiedz mi wreszcie o co chciałeś mnie zapytać?

- Głupio mi. Teraz gdy jej nie ma... ja nie wiem czy...

- Powiedz wreszcie o co ci chodzi!

- Myślisz, że ona wróci? Odnajdą ją?

Przez plecy przebiega mi dreszcz. Jak mam mu odpowiedzieć? Przekonywać go, że wszystko będzie dobrze... Odnajdą ją całą i zdrową? Wiem jedno. Nie powiem mu prawdy, tego nie mogę zrobić. Wzdycham ciężko szykując się do kłamstwa. Nie, nie umiem kłamać.

- Chyba nie o to chciałeś mnie zapytać?

- Nie... Czy ona mi wybaczyła? Zdradę? Czy nadal będzie mnie nienawidzić?

Proszę zatroskany niby o nią, a tu wyrzuty sumienia go dręczą. A może ona nawiedza go w snach? Matko, ciekawe kiedy odwiedzi moje sny?! Oby nie przyszło jej to do głowy... znaczy... ach, nie wiem czy zmarli mają świadomość swoich pośmiertnych czynów... Czy mu wybaczyła?

- Nie rozmawiałyśmy o wybaczeniu. Zresztą nie chcę o tym mówić!

- Wiem, że to dla ciebie trudne... wiem kim był ten facet. - mówi.

- Tak?

- To twój mąż...

- Wiem o tym. - odpowiadam spokojnie.

- Jak się dowiedziałaś?!

- Domyśliłam się.

- Od kiedy wiesz?

- Od samego początku. Wystarczył o połączyć odpowiednie wątki i zagadka sama się rozwiązała. Nie ukrywali się z tym za bardzo. A ty skąd wiesz? - pytam go.

- Wykrzyczała mi to w twarz! Dzień przed zaginięciem. Byłem w szoku!

- Co?!

Zastanawiam się czy nie popełniłam błędu, przyznając się, że wiem o romansie mojego męża z tą idiotką. To może postawić mnie w kręgu potencjalnych podejrzanych. Zburzyć mój spokój, spowodować, że przestanę racjonalnie myśleć. Popełnię błąd i zdemaskuję się. Z drugiej jej były mąż też stanie się podejrzanym: Zabójstwo w afekcie spowodowane zazdrością i faktem, iż była żona nie chce do niego wrócić. Zazdrość o jej nowego partnera, powodująca frustrację skłaniającą do zabójstwa. Zarzut trudny do obalenia, nawet dla najlepszego prawnika.

A jeśli policja już wie o romansie mojego męża z ofiarą? Idiotką! Znacznie zacieśni to krąg podejrzanych, w którym ja miałabym grać główną rolę... Nie mogę na to pozwolić.

- Dlaczego nic z tym nie zrobiłaś? Czemu nie postanowiłaś tego przerwać?

- Nie miałam pewności... Od dawna podejrzewałam męża o zdradę. Pytaniem było tylko to kto jest drugą częścią tandemu?

- Skąd wiesz, że to ona? Ktoś ci powiedział?

- Znajoma z redakcji. Co niby przypadkiem jej się wymsknęło. Widziała ich razem na mieście. Podobno gruchali jak gołąbki.

Czuje, że zaczynam tracić panowanie nad sobą. Ręce mi się trzęsą.

- Czujesz ulgę? - pyta nagle.

- Jaką ulgę?

- Z powodu jej zaginięcia? Masz ją z głowy, nie musisz jej oglądać.

- Nie widywałyśmy się od jakiegoś czasu?

- Jak to?

- Ja nie miałam ochoty, odkąd się dowiedziałam. A ona udawała zapracowaną, poświęcając czas mojemu mężowi.

- Gdzie on teraz jest? Wyrzuciłaś go?

- Sam się wyprowadził, gdy powiedziałam mu, że wiem o wszystkim...

- Gdzie teraz mieszka?

- Mam to gdzieś! Niech go diabli!


Nawet nie pamiętam kiedy otworzyliśmy butelkę wina, a potem następną... Bałam się, iż zdradzę jaką rolę odegrałam w zaginięciu jego żony... Alkohol rozwiązuje język:

- Wiesz, zawsze mi się podobałaś – powiedział po kilku kieliszkach.

- Przestań! - roześmiałam się

- Naprawdę, imponujesz mi inteligencją. Piszesz świetne artykuły, bardzo lubię je czytać.

W mojej głowie zapalił się neon z napisem: „UWAGA!”, niestety było już za późno.

- Chyba powinieneś już pójść. - mówię dokładnie w momencie, gdy on przysiada na oparciu mojego fotela. Czego on chce?

- Masz rację późno się zrobiło. Słuchaj, może wyskoczymy gdzieś na...

- To nie jest najlepszy pomysł.

Wstaję z fotela i ruszam w kierunku drzwi. Przekręcam zamek... kręci mi się w głowie. On wykorzystuje sytuację. Obejmuje mnie, ratując przed upadkiem i całuje namiętnie w usta. Zaczynam tracić nad sobą kontrolę, podaję się jego uściskowi. On przywiera do mnie ściślej...

Sytuację ratuje dzwonek telefonu. Szybko wyrywam się z jego ramion. Czuję się jak nastolatka przyłapana przez rodziców na paleniu papierosów. Oblewam się rumieńcem od stóp do głów.

Niech to szlag! Co alkohol robi z moim mózgiem! Kretynka!! - krzyczę na siebie w myślach.

Z jego ust wylewa się potok słów:

- Przepraszam cię, nie wiem co robię. Chyba wypiłem o jeden kieliszek za dużo... nie pomyśl sobie, że właśnie po to przyszedłem do ciebie... Wiem co o mnie myślisz, nie jestem taki... nie wszystko, co ci o mnie powiedziała to prawda... Ona była mitomanką...

- Idź już!

- Przepraszam... - mówi i wychodzi ze spuszczoną głową – Tak mi wstyd... wybacz mi.

Nie odpowiadam. Zamykam drzwi. Opieram się o nie plecami. Zamykam powieki. W mojej głowie tłucze się tysiąc myśli, wypity alkohol przejmuje nade mną kontrolę.

Z zamyślenia wyrywa mnie kolejny dźwięk telefonu. To moja komórka. Wyjmują ją z kieszeni, spoglądam na wyświetlacz. No tak, mogłam się domyślić kto dzwoni. Moja ukochana teściowa. Zlewam ją wciskając czerwoną słuchawkę. Nie daje za wygraną, znów dzwoni. Rozłączam ją i wyłączam komórkę. Nie mam ochoty z nikim rozmawiać, a już na pewno nie z nią. O, nie!

Kładę się na kanapie i wpatruję w sufit. Błękitna zatoka. Tai kolor farby wybraliśmy z mężem. Pamiętam jak razem malowaliśmy salon. Byliśmy wtedy świeżo upieczonym małżeństwem. Tacy byliśmy wtedy szczęśliwi... Ciszę przerywa kolejny telefon.

Co jest? Przecież go wyłączyłam – myślę.

- Stacjonarny! - krzyczę głośno mocno poirytowana. Nie odbieram, wiem kto dzwoni...

Po kilku sygnałach słyszę automatyczną sekretarkę: „Cześć! Nie możemy odebrać. Zostaw dobrą wiadomość...”

Pokój zalewa głos mojej teściowej:

- Wiem, że tam jesteś! Odbierz ten cholerny telefon! Muszę z tobą porozmawiać w wiadomej sprawie. Tak się nie postępuje! Bardzo skrzywdziłaś mojego syna! Wielokrotnie mówiłam ci, iż to bardzo wrażliwy człowiek. Ja tego tak nie zostawię! On cierpi...- i wiele innych przyjemnych słów, których już nie słyszę. Stoję nad telefonem, w ręce trzymam kabel wyrwany z gniazdka w ścianie. Głos mamusi cichnie.

- Muszę wyrzucić ten telefon. Raczej nie będę go już używać. - mówię do siebie.

Biorę prysznic. Padam na łóżko i nawet nie wiem, w którym momencie moich rozmyślań zasypiam głębokim snem.


sobota, 2 stycznia 2016

Twoja bajka, twoja szansa.

Witajcie!
Jest to mój pierwszy wpis w tym roku. Pierwszy z wielu, mam nadzieje ciekawych i dobrze napisanych. Wiem, że czekacie na dalsze losy "Idiotki", a w zasadzie bohaterki tego opowiadania. Dziś jednak wpis zupełnie w innym temacie. Zapraszam:



Na początku wydaje ci się, że będzie jak w bajce albo komedii romantycznej. Po prostu idąc ulicą albo jadąc tramwajem spotkasz swoją księżniczkę. Już od pierwszego spojrzenia zakochasz się na zabój i to z wzajemnością.

Ona będzie piękna i inteligentna. Taki cud – miód. Ty będziesz jej rycerzem walecznym i silnym jak Lancelot. Jak w każdej bajce pokonacie wiele przeciwności losu, które staną wam na drodze do szczęścia. Ty będziesz walczył ze smokami, ona ze złą macochą, pragnącą pozbawić ją życia. Będziecie mieli mnóstwo dzieci i będziecie naprawdę szczęśliwi.

Z czasem ty wyłysiejesz, a ona przytyje. Dzieci pójdą w świat i zostaniecie sami, we dwoje. Wtedy zrozumiecie, że nie należy wierzyć w bajki, a idealne pary nie istnieją. Wasze życie zdominuje rutyna, a związek będzie się opierał bardziej na zrozumieniu i kompromisach, a nie na miłości.

Ale właśnie tego pragniesz, jak każdy na tej ziemi chcesz napisać własną historię, chcesz być bohaterem swojej bajki...

Zaczynasz bardziej o siebie dbać. Nowa fryzura, modne ciuchy i dodatki. Chcesz być idealny dla swojej księżniczki. I jeździsz tramwajem, rozglądasz się bacznie, lustrujesz otoczenie. Twój wygląd przyciąga uwagę kobiet i „płci nie do końca przeciwnej”. Dostajesz wiele „takich” propozycji, spotkań na jedną noc, ale żadnej księżniczki nie widać na horyzoncie. W końcu porzucasz podróż tramwajem. Wolisz spacery ulicami miasta. Wciąż wypatrujesz tej jedynej, która pokocha cię na zawsze, takiego jakim jesteś. Z całym wachlarzem twoich doświadczeń, cóż jesteś facetem „po przejściach”. Ciągle nic, choć uważnie się rozglądasz...

Pewnego dnia mijasz na ulicy dziewczynę. Zwyczajną jakich wiele. Znasz ją, przecież mieszka niedaleko. Przechodzisz obok niej bez słowa. Chwilę później uświadamiasz sobie kim była. Odwracasz się szybko. Ulica jest pusta. Tamta dziewczyna gdzieś zniknęła, rozwiał ją wiatr. Dociera do ciebie, ze straciłeś swoją szansę i nie wiesz, czy los kiedykolwiek da ci następną...