czwartek, 31 grudnia 2015

Zapraszam na twitter.

Kochani!
Od jakiegoś czasu możecie śledzić mój profil na portalu twitter:
oraz na facebook'u:


 
Bardzo serdecznie zapraszam :)
Na stronach tych możecie dzielić się ze mną swoimi opiniami na temat bloga i publikowanych przeze mnie postów. Czekam na nie z niecierpliwością.
 
 

 

Nowy Rok już puka do naszych drzwi...


Dziś ostatni dzień roku – Sylwester. Zostało jedynie kilkanaście godzin starego roku. Na całej kuli ziemskiej ludzie robią ostatnie przygotowania do uroczystego powitania Nowego 2016 Roku.

Jedni będą świętować na balach sylwestrowych w hotelach, restauracjach. W przepięknie wystrojonych salach, z pysznym jedzeniem i różnego rodzaju napitkami. Panie w pośpiechu czynią ostatnie poprawki kreacji, dobierają biżuterię, buty i makijaż. Panowie klną pod nosem, że będą musieli wcisnąć się w garnitury.

Młodzi ludzie robią zapasy jedzenia w postaci czipsów i coli ( tak jesteśmy w Polsce, więc będę pisać „czipsy”) oraz znacznej ilości trunków wyskokowych. Z półek sklepów znikają tony zimnych przekąsek i tysiące butelek szampana.

Miasta, miasteczka i wsie Rzeczpospolitej szykują się do imprez plenerowych dla swoich mieszkańców. Nawet u mnie jest szalona impreza pod chmurką ;)

I oczywiście jak co roku trzy „główne” stacje telewizyjne w komitywie ze stacjami radiowymi biją się o to, która zorganizuje lepszą zabawę i zaprosi najznakomitsze gwiazdy polskiej i zagranicznej estrady. A nie można by zrobić jednej imprezy, by Polaków łączyć a nie dzielić.

Podobno jaki Sylwester taki Nowy Rok zatem Polacy ruszą w tany, będą się dobrze bawić, by kolejny rok był wesoły i roztańczony.

Jest taki zwyczaj robienia noworocznych postanowień. Mnie wydaje się, że nie ma on już zbytniego sensu. Wszyscy na potęgę robią postanowienia: „rzucę palenie”, „przestanę jeść słodycze” , „zacznę biegać”, „znajdę więcej czasu dla bliskich”, itp. A po pierwszym stycznia okazuje się, że i tak nic z tych postanowień nie wyjdzie i klops. Może brakuje nam silnej woli, może składamy zbyt wygórowane – jak na nasze możliwości – postanowienia. Niekiedy także stajemy przed różnym przeszkodami, których nie jesteśmy w stanie pokonać realizując postanowienia. Lepiej chyba, nic nie planować i nie obiecywać sobie, bo po co się rozczarowywać i za rok w Sylwestra uświadomić sobie, że żadnych postanowień nie daliśmy rady dotrzymać. Nie psujmy sobie humoru i nie zaprzątajmy tym głowy. Bawmy się, bo po to jest Sylwester, który jest tylko raz w roku i na kolejny trzeba będzie długo czekać...
 
P.S. Z tego miejsca życzę Wam wszystkim szalonej zabawy sylwestrowej, tańca do bólu nóg, w doborowym towarzystwie. Wszystkiego co najlepsze w 2016 roku, by był jeszcze lepszy niż ten mijający, by zawsze towarzyszyła Wam radość i uśmiech, byście trwali w zdrowiu i szczęściu.

wtorek, 29 grudnia 2015

Witajcie!
Dziś poddałam bloga małemu "liftingowi". Postanowiłam troszkę zmienić jego wygląd. Poprzedni wydawał mi się trochę zbyt mroczny. Mam nadzieję, że nowy wygląd przypadnie Wam od gustu.
Pozdrawiam serdecznie.

"Idiotka" część druga

Witajcie, dziś obiecana kolejna część "Idiotki"
A co do wspomnianej kontynuacji, praca wre... Zapraszam do lektury i ja zawsze czekam na Wasze opinie w komentarzach.

***

Znów tutaj byli. Policja. Dwóch policjantów. Nie zapamiętałam ich nazwisk i stopni. Pytali o nią... O to jak wyglądały nasze stosunki: "Oczywiście świetnie. Przecież to była moja najlepsza przyjaciółka" - powiedziałam ze łzami w oczach. Uwierzyli. "Poza tym, że spała z moim mężem i że pomogłam jej przejść na tamten świat..." - dodałam w myślach. Pytali też czy niczego nie zauważyłam. Czy ktoś obcy się koło niej nie kręcił. Zgodnie z prawdą odparłam, że nie. Przecież ja nie byłam dla niej obcą osobą. Pobyli tu jeszcze przez chwilę. Zostawili mi numer telefonu, gdybym przypomniała sobie coś istotnego. Podarłam wizytówkę i wrzuciłam do kominka. Raczej nie przypomnę sobie żadnych szczegółów. Dokładnie wszystko zapamiętałam.

I jeszcze on. Mój mąż. Udaje, że wszystko jest po staremu. Świętoszek się znalazł... Próbuje mnie pocieszać, bo niby jest mi ciężko. Myśli, że cierpię po stracie przyjaciółki. A ja, wręcz przeciwnie mam ochotę świętować. Mam chęć wykrzyczeć mu wszystko w twarz: "Zabiłam tę sukę! Myślisz, że nie wiem, że z nią spałeś?! - krzyczę w myślach. A mój Romeo rozpacza w duchu. Ja doskonale to widzę. On nie potrafi udawać, tłumienie emocji nie jest jego najmocniejszą stroną. Wszystko widzę jak na dłoni. Jak gapi się na jej zdjęcia, jak patrzy w ścianę, często jest nieobecny.

- Nie jestem głupia! - krzyczę - Wiem o wszystkim! Że z nią sypiałeś! Wiem, że byłeś z nią we wszystkie długie wieczory, które ja spędzałam sama! Czekałam na ciebie wierząc, że pracujesz do późna... - wrzeszczę coraz głośniej. Spoglądam na niego.

Jest przerażony. Jak dziecko, które nabroiło i już wie, że zostanie ukarane, ale nie wie jak. Boi się. Milczy i patrzy na mnie wzrokiem zbitego psa. Och, jaką mam ochotę udusić go teraz!

Widzę jak próbuje ukryć prawdę Jak udaje, że nie wie o czym mówię.

- Nie udawaj! Wiem, że mnie zdradzałeś i wiem, że robiłeś to z tą idiotką! Miała tupet! Udawała moją przyjaciółkę, a tak na prawdę chodziło jej o ciebie!

- Kochanie... - próbuje mnie objąć.

- Przestań! Brzydzę się tobą. Jak mogłeś mi to zrobić?! Ja cię kochałam, ty kretynie!

Sama siebie zadziwiam. Mówię to z takim opanowaniem, idealnie. Jakby mi nie zależało. A wewnątrz czuje ogromny ból. Jakby ktoś wyrywał mi serce. Walczę ze wzbierającymi łzami. Jestem twarda i ostra. Trzymam go na dystans...

Spakował się i odszedł. Po prostu się wyprowadził. Ot tak. Mój mąż, który był ze mną przez tyle lat. Odszedł. A przysięgał, że będzie na dobre i złe. Zawsze, po grób... A teraz go nie ma. Uciekł jak szczur z tonącego okrętu. Z podkulonym ogonem.  A jeszcze kilka tygodni temu chodził dumny jak paw. Codziennie wypachniony, ogolony, piękny. Mój Adonis. Robił to dla niej. Dziś szary z zarostem, w starych dżinsach. Nie powiedział nic. Nawet nie padło zwykłe "przepraszam". Nic. Nawet nie próbował ze mną rozmawiać, próbować ratować to co było między nami. Nie czuję satysfakcji z powodu jego odejścia. Jest mi ciężko. Nie na duszy, na sercu. Wiem, że nie odszedł do niej i to mnie uspokaja. I przypomina gdzie musiałby pójść...
Przecież pan mecenas nie spędzi reszty życia w lesie, mieszkając pod dębem. Tak, właśnie pod dębem leży jego wybranka, wierna nałożnica. Idiotka. Ciągnie swój do swego.
Zapewne pobiegł do mamusi. Tak, tak. Nagadał jej, że wyrzuciłam go z domu. Bez powodu. A ona mu powie, iż zawsze wiedziała, że jestem wariatką. I nie zasługiwałam na niego, że marnował się przy mnie. Będzie go pocieszać, a potem popchnie w ramiona córki, którejś ze swych wiernych przyjaciółek. Dobrze, że nie mieliśmy dzieci... im nie mogłabym tego zrobić.


Nie, nie będę kolejnym Raskolnikowem. Nie dam się ponieść emocjom. Nie pozwolę by ogarnęła mnie obsesja zbrodni.  Nie będę ciągle o tym myśleć, nie będę tego rozpamiętywać. Odcinam się od tamtego dnia. Powoli zaczynam zapominać, a raczej nakazuje pamięci wymazać to piętno. Czy uda mi się zapomnieć? Całkowicie z pewnością nie. Z czasem na tyle, by nie myśleć o tym bez przerwy...
 
c.d.n.






poniedziałek, 28 grudnia 2015

Dla nieobecnych...


Witajcie!
Wiem, że Święta dobiegły już końca. Jednak pozwoliłam sobie na publikację swoich przedświątecznych refleksji. Post lekko spóźniony, ponieważ nie zdążyłam wrzucić go, zajęta przygotowaniami świątecznymi.


Jak co roku w wigilijny poranek postanowiła odwiedzić swoich bliskich zmarłych. Zapalić im świeczkę – symbol mojej pamięci i tęsknoty. Zawsze w takim momencie staram się przypomnieć sobie ich twarze, głosy i uśmiechy. Zastanawiam się jak dziś wyglądałyby nasze wspólne święta... Jednocześnie odtwarzam w pamięci wszystkie wspólne chwile, a zwłaszcza naszą ostatnią, wspólną Wigilię. Życzenia od dziadka, wspólne śpiewania kolęd, nakrywanie do stołu, wypatrywanie pierwszej gwiazdki i cudowne zapachy z babcinej kuchni...

Gdy dziadkowie odeszli miałam zaledwie dziewięć lat. Czy to możliwe, by dziecięca pamięć zachowała tak dokładne obrazy? Z każdym rokiem pamiętam coraz mniej, ich twarze rozmazują się, a głosy zdają się zniekształcać jakbym słyszała je wietrzny dzień.

W świąteczne dni bardziej tęsknię za nimi, ich sposobem bycia, a nawet zapachem. Tak mało miałam czasu, by z nimi porozmawiać, pobyć tak po prostu. Dziś po kilkunastu latach żałuje tego straconego czasu, o tyle chciałabym ich zapytać, tak dużo im powiedzieć. Małe dziecko, którym byłam, gdy żyli wolało bawić się niż słuchać babcinych opowieści o trudach życia w dawnych czasach, o tym co przeszli i ile przecierpieli, by wreszcie znaleźć spokój na kieleckiej ziemi. Wielu rzeczy nie chciałam wtedy słuchać, wydawały mi się obrazami ze strasznych filmów. Jedyne, co pamiętam to kilka wierszy i piosenek śpiewanych mi przez babcię. Czy ucieszyłoby ją to? Zapewne tak. Pamiętam czas spędzony z dziadkiem, laskę, którą się podpierał, czapkę, jaką nosił i stary tapczan, na którym razem przesiadywaliśmy oraz jedyną w swoim rodzaju zupę, jakiej nikt nie potrafi odwzorować, a przepis niestety odszedł razem z dziadkiem.

Gdy stoję tak wśród setek grobów, w myślach powtarzam słowa „Kolędy dla nieobecnych” Z. Preisnera, śpiewanej przez B. Rybotycką: „...przygasł świąteczny gwar, bo zabrakło znów czyjegoś głosu...”. Zawsze gdy słyszę ten utwór myślę o moich bliskich, którzy nie zasiądą z nami do stołu i których nigdy już nie spotkam, Na cmentarzu słowa tej kolędy mają zupełnie inny wydźwięk. Dopiero w takim miejscu uświadamiam sobie jak wiele jest domów i rodzin, których kolacja wigilijna nie jest już taka sama jak rok temu. A wielu domach ludzie spędzają samotne święta. Jeden cmentarz, setki grobów, za każdym kryje się morze łez, ludzkiego cierpienia i tęsknoty. Tysiące głosów, których zabrakło wśród nas, których nikt - poza Bogiem - już nie usłyszy.

Jedynym pocieszeniem jest: „... że gdziekolwiek są dobrze im jest (..) że odeszli po to, by żyć i są z nami choć w innej postaci (…) i … po głosach ich wciąż drży powietrze...”

piątek, 25 grudnia 2015

Życzenia :)

Kochani,
z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam dużo zdrowia, szczęścia i radosnych chwil w gronie najbliższych, dużo prezentów i miłości. Życzę, by nadchodzący Nowy Rok był lepszy od poprzedniego, by wiodło Wam się w życiu prywatnym i zawodowym. Samych wspaniałości :)

P.S. Nie przejedzcie się, udanego Sylwestra!
A dla niecierpliwych info: kolejna część "Idiotki" już niebawem.
Pozdrawiam, ściskam i przesyłam buziaki :*

piątek, 18 grudnia 2015

Metroseksualizm w polskiej wersji

 
 
 
Niezmiennie zadziwia mnie moda męska na ulicach naszego kraju. A podobno to my- kobiety mamy przysłowiowego fioła na punkcie swojego wyglądu. Nic bardziej mylnego. Od kilku lat można zaobserwować, wciąż rozwijający się metroseksualizm mężczyzn. Wiem trudne słowo. Zainteresowanych odsyłam do wujka Google → metroseksualizm. Tak. Panowie, zaczynają przywiązywać większą uwagę do swojego wyglądu. Zaczynają bardziej dbać o siebie eksperymentując z kosmetykami i ubiorem. Czyżby wreszcie dotarło do nich, że paniom naprawdę nie jest wszystko jedno jak oni wyglądają, że już sam fakt ich istnienia powinien cieszyć płeć przeciwną.
Jeszcze do niedawna mężczyźni oczekiwali od swoich pań, by zawsze pięknie wyglądały. Były idealnie uczesane, ubrane i pięknie umalowane. Dziś sami potrafią spędzić sporo czasu przed lustrem, starając się dobrze wyglądać.
Tematem tabu przestało być używanie przez panów kosmetyków, chodzenie do fryzjera, itp. Szczerze powiedziawszy, nawet cieszy mnie taka męska metamorfoza, ale mam tu na myśli racjonalny metroseksualizm. Bo gdy czasami widzę faceta, który wygląda lepiej niż jego żona to zaczynam się zastanawiać dokąd zmierza ten świat? I kto w tamtym związku nosi spodnie? Ok, niech panowie dbają o siebie. Jednak niech nie objawia się to totalnym zniewieścieniem płci męskiej. Niektórzy naprawdę nie zdają sobie sprawy, jak łatwo jest przegiąć, zrobić jeden krok za daleko...
Teraz są szyte ubrania typu unisex, czyli takie, które może nosić i kobieta i mężczyzna. Jednak jest wiele rzeczy, których panowie nie powinni zakładać. Nie chce ich tutaj wymieniać. To samo z kolorami, odchodzimy już od utartego zwyczaju dzielenia ich na męskie i żeńskie. Na ulicach można już zauważyć mężczyzn noszących ubrania we wszystkich odcieniach różu, fioletu, czy pomarańczu. A jeszcze kilka lat temu, owego mężczyznę uznano by za lekko, no wiecie.
Lubię eleganckich mężczyzn, dobrze ubranych, jednak odrzuca mnie na widok, nazwijmy go „lalusiem”, który definitywnie przegina podkradając żonie apaszki i szaliki.
Jednak z drugiej strony lepsze to niż rozciągnięty dres, oczywiście nie mam nic przeciwko panom noszącym dresy, jednak nie do każdej sytuacji pasuje taki strój. Panowie nie mają jeszcze wyuczonego pojęcia detalu, zresztą kobiety też miewają z tym problem. Można ubrać dobrą marynarkę, spodnie, ale wystarczy założyć nie te buty co trzeba i cała reszta na tym traci. A takich „kwiatków” jest cała masa. Sama widuję i kwituję śmiechem pewnego pana. On jest dla mnie, ciężko znaleźć mi słowa, które go opisują. Jest... o wiem – dyktatorem mody wśród lokalnych entuzjastów... Otóż ten pan, w wieku ok. czterdziestki wyróżnia się swoim ubiorem. Trudno nazwać to ekstrawagancją. Mój „ulubieniec” potrafi na odświętną okazję założyć spodnie od garnituru, białą koszulę, na wierzch bluzę z kapturem, czapkę z daszkiem, a wszystko to dopełniają białe adidasy!! Och, jakże pięknie się to komponuje ze sobą. Nazywam to sportową klasyką., burżuazyjnym krzykiem umierającej mody. Nie wiem czy powinnam się śmiać, czy płakać. Szczerze to gdybym miała pójść z tak ubranym panem na jakąkolwiek imprezę, to chyba na andrzejkowy bal przebierańców. Niby modą należy się bawić, ale to powinno mieć chyba jakieś granice. Ten „elegancik” jest doskonałym przykładem na to, że bardzo łatwo przegiąć. Na szczęście zdarza się to tylko niektórym panom. Zdecydowana większość radzi sobie całkiem nieźle. Muszę przyznać, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Oby tak dalej panowie, żeby można było na was oko zawiesić na dłużej z zachwytu, a nie z niedowierzania i śmiechu.
 
 
A propos śmiechu, KMP idealnie zobrazował poruszony przeze mnie temat. I do tego Banan genialny!
 

czwartek, 17 grudnia 2015

Obiecana "Idiotka"

Witajcie, kochani!
Tak jak ostatnio Wam obiecałam publikuję swoje opowiadanie pt. "Idiotka"
Zapraszam do lektury i do dzielenia się swoimi opiniami w komentarzach.



„IDIOTKA”



Zabiłam ją. To było takie proste. Banalne. Ta idiotka niczego się nie spodziewała. Podejrzewam, że do tej pory leży zdziwiona – przykryta grubą warstwą ziemi. Jestem zadowolona. Poszło tak gładko. Nareszcie mam ją z głowy. I już...

Siedzę w błogiej ciszy, jakiej nie zaznałam od wielu lat. Sączę wino i rozmyślam, upajam się swoją Idyllą. Ja, sama w pustym mieszkaniu. Piękna, mądra i sławna. Wszyscy o mnie mówią, choć nie wiedzą, że to moja robota. Szukają jej... Nie znajdą. Nigdy. Dobrze ją ukryłam. Nikt nie podejrzewa, że ja mam z tym coś wspólnego.

Po szopce – jaką odstawiłam przed policją – o nic mnie nie pytali. Ten żal, histeria i rozpacz rozrywająca mnie od środka... - rola godna Oskara. Powinnam była zostać aktorką...

Prostota popełnionego przeze mnie czynu i brak jakichkolwiek przeszkód, przy jego wykonywaniu, sprawiły, że czułam dziwne podniecenie. Ekscytację pomieszaną z satysfakcją z dokonanego zabójstwa.

Rozczarował mnie jednak brak krwi. Zawsze, do tej pory, wyobrażałam sobie siebie ubrudzoną krwią swej potencjalnej ofiary. A w przypadku tej idiotki wystarczył jeden mocny cios w tył głowy. W jej oczach nie dostrzegłam skruchy ani żalu, jedynie cholerną pewność siebie i wyższość z jaką na mnie patrzyła. Myślała, że to ja jestem „wielką przegraną”, a ona jest jedynym zwycięzcą. Myliła się. Teraz gdy spoczywa pod grudami ziemi jestem pewna, że nie odbierze swej nagrody. Nagrody w postaci jedynej osoby, na której mi zależało. Jedynej kochanej przeze mnie osoby, dla której poświęciłam wiele i na jeszcze więcej poświęcenia byłam gotowa.

W gruncie rzeczy to dosyć zabawne... że wystarczyła jedna taka zimna suka jak ona, żebym przejrzała na oczy i gruntownie przemeblowała swój światopogląd. I dostrzegła komu tak naprawdę na mnie zależy. I wtedy okazało się, że nie wszyscy wokół są fair. Że nie wszyscy troszczą się o mnie, ale tylko i wyłącznie o własną wygodę.

I że miłość mojego życia postanowiła – tak z dnia na dzień – kopnąć mnie z całej siły w dupę. Bez słowa wyjaśnienia. I ukryć się w zacisznym gniazdku tamtej idiotki. Nie potrafiłam tego zrozumieć i zaakceptować. Ślepo dążyłam do przywrócenia poprzedniego ładu. Żądałam sprawiedliwości. Pragnęłam zemsty. Aż wreszcie nie oczekując znikąd pomocy zaczęłam działać. Nieskromnie powiem, że większą część planu wykonałam precyzyjnie. Reszta powinna pójść gładko.

Nie przewiduję żadnych zakłóceń. Nie ma takiej możliwości.

niedziela, 13 grudnia 2015

O powrocie pewnej "Idiotki"...

Witajcie, kochani!
Zapewne zdążyliście już zauważyć, że mój blog nie ma jednego, ściśle określonego tematu, lecz piszę w bardzo szerokiej tematyce.
Dlatego właśnie od czasu do czasu, będą pojawiać się posty, w których zamieszczać będę swoje opowiadania, dialogi, monologi i innego rodzaju teksty, które pisuję. Mam nadzieję, iż Wam się spodobają, tak jak na poprzedniej platformie.
Dużym zainteresowanie cieszyło się moje opowiadanie "Idiotka", które w nadchodzącym tygodniu postaram się przypomnieć tym, którzy nie mieli okazji go przeczytać. Tak, wiem są tacy, którzy zaczęli śledzić moja działalność po zmianie adresu i z pewnością są ciekawi mojej poprzedniej twórczości. I właśnie dla nich już w tym tygodniu postaram się obudzić "Idiotkę". A znającym temat mogę zdradzić, iż trwają prace nad jej kontynuacją...
Oczekujcie postów z opowiadaniem. Pozdrawiam serdecznie.

Przeświąteczne "dzikie" zakupy


W piątek byłam na małych zakupach w jednym z większych marketów w mieście. Żałuje, że wybrałam się tam wieczorem. Źle przekalkulowałam czas. Dobrze, że nie byłam sama. Okazało się, iż pół województwa postanowiło zrobić zakupy właśnie tym samym czasie i sklepie, co ja.

Wszędzie pełno ludzi. Chodzą, łażą albo snują się jak cienie. A w markecie ciasnota, wszędzie porozstawiane produkty w mega promocyjnych cenach. Ze sloganami, które przekonują klienta, że musi koniecznie kupić ten odkurzacz, bo on super odkurza, poleruje parkiet, pochłania szkodliwe alergeny i... chyba tylko pierogów nie umie lepić!!

To samo z kosmetykami: odmładzające kremy, liftingujące maseczki i nieziemsko pachnące perfumy, jakich w kosmetyczce Kowalskiej i Nowakowej nie może zabraknąć!

Do tego wszystkiego jeszcze: wyszczuplające rajstopy i getry, bluzki uwydatniające to, a maskujące tamto. Ostatni krzyk mody męskiej i westchnienie trendów w modzie dla pań. A ludzi dają się nabierać i pchają to do wózków, by potem przy kasie wytrzeszczać oczy płacąc krocie za coś, czego wcale nie potrzebują.

I jeszcze ta straszna ciasnota! Alejki między półkami niby szerokie, ale na środku ryp: słodycze, zabawki, majonez, podpaski, perfumy... tak ustawione, że tylko jeden wózek się zmieści, wyminąć się z kimś nawet nie ma jak. Trzeba by przydzwonić w taką paletę, niech się to wszystko rozsypie!Zauważyłam, że ludzi ogarnęła już gorączka przedświątecznych czy świątecznych (?) zakupów. A raczej szał albo furia! Kupują co tylko mogą. Niekoniecznie rzeczy, których potrzebują. Snuja się po galeriach i kupują, co tam akurat dają w promocji.

Do tego jacy przemili są ci ludzie! Na takich zakupach górę biorą pierwotne instynkty, ludzie zachowują się jak neandertalczycy na polowaniu, a nie ludzie z XXI stulecia. Języka w ustach zapominają i z głowy wyfruwa dobre zachowanie i kultura osobista.

Stoję sobie przy półce. Nagle czuję uderzenie w kolano. Jakaś kobieta wjechała we mnie wózkiem obładowanym zakupami i jeszcze ma do mnie pretensje, że niby gdzie ja się tutaj pcham. A co oczu to ona nie ma, czy na pólkach takie cuda, że ciężko wzrok oderwać?

Albo ludzie warczący pod nosem, gdy nie mają jak przejść czy przejechać wózkiem, Zamiast powiedzieć zwyczajnie: „Przepraszam”. Nie, no bo po co być miłym i kulturalnym. Lepiej sobie powarczeć, niech cały świat ma baczenie na to, że „jaśnie państwo” robią zakupy i niech inni schodzą im z drogi.

W takich sytuacjach mam ochotę zakląć sobie solennie i klnę w myślach. Niestety nic innego mi nie pozostaje. Po takim – ekstremalnym – wieczorze z niepokojem wyglądam czasu gdy po świętach nadejdą wyprzedaże. Tam to się dopiero cuda dzieją...

piątek, 11 grudnia 2015

Świąteczny przesyt, czyli mam już tego dość!

Za dwa tygodnie Święta Bożego Narodzenia. Powoli zaczyna się jeden z najbardziej nerwowych        i pracowitych okresów, czyli czas przygotowań do świąt. Niektórzy już robią porządki, małe zakupy lub wyruszają na prezentowy rekonesans.
Sklepy prześcigają się w najbardziej wymyślnych dekoracjach wystaw, ofert sprzedaży ozdób i akcesoriów świątecznych... Stacje radiowe ścigają się, która pierwsza zacznie grać „Last Christmas” i inne pseudo świąteczne piosenki oraz kolędy. Włodarze miast, miasteczek i wsi starają się zabłysnąć najpiękniejszą świąteczną choinką albo iluminacją.
I może w tym wszystkim nie byłoby nic szczególnego, gdyby nie to, że tak jest już od miesiąca. Dobrze, widzisz. Od miesiąca.
Gdy w listopadzie odwiedzimy już groby naszych bliskich i z hukiem odbębnimy Wolną i Niepodległą – do akcji rusza zgraja twórców reklam i rozpoczyna się wielka świąteczna kampania reklamowa. I to we wszystkich branżach naraz.
Już od połowy listopada w telewizji, w radiu i wszelkiego rodzaju mediach zaczynają królować świąteczne reklamy. We wszystkich galeriach, supermarketach i mniejszych sklepikach pojawiają się gwiazdki, choinki, bombki, Mikołaje i wszystko, co tylko symbolizuje Boże Narodzenie.
Z każdym rokiem to „ szaleństwo” zaczyna się coraz wcześniej. Boże Narodzenie jest najbardziej komercyjnym ze świąt obchodzonych na świecie. Wraz z początkiem grudnia ta komercjalizacja świąt przybiera na sile. Jest wszędzie. Dosłownie.
Idziesz na zakupy do galerii. Wszędzie migoczą lampki, mieni się od nich w oczach. Niemal kręci    ci się w głowie od tych świątecznych dekoracji i dzwoneczków. Dzwoneczki! Wszechobecne dzwoneczki, w każdym sklepie słychać dźwięk dzwoneczków!
I tak już miesiąc trwa cała ta maskarada. Zanim zaczną się święta i zasiądziemy do wigilijnego stołu – mamy już cholernie dość całych tych świąt! Przestaje cieszyć nas ubieranie choinki, pieczenie ciast, prezenty i spotkania w rodzinnym gronie.
Święta trwają przecież tylko trzy dni, my praktycznie przez dwa miesiące jesteśmy atakowani świąteczna atmosferą. I gdy przychodzi już ten niezwykły czas... marzymy o tym, żeby święta jak najszybciej dobiegły końca. By reklamy z Mikołajem zniknęły z telewizji. Mamy już dosyć słuchania kolęd i patrzenia na lampeczki na ulicach.
A dawniej Boże Narodzenie było przez wszystkich wyczekiwane. Cały rok czekaliśmy na tę jedyną pierwszą gwiazdkę, na dzielenie się opłatkiem. Dziś mamy już przesyt. Nie cieszy nas już klimat i magia świąt. Teraz magia zamieniła się w manię.
 

środa, 9 grudnia 2015

Bezstresowo - egoistyczne wychowanie


Model wychowania dzieci z każdym rokiem ulega gruntownej przemianie; żeby nie rzec wręcz zburzeniu i każdy z rodziców próbuje sam – mniej lub bardziej udolnie – budować swój własny, odrębny schemat. Odchodzi się od sposobu, w jaki wychowywali nas rodzice. Kierując się raczej w stronę totalnej samowoli dziecięcej. Nie mam zamiaru nikogo pouczać czy krytykować.
 Absolutnie nie.

Jednak nie wszystko, co jest nowe musi być lepsze od poprzedniego. No, bo co złego jest w systemie wychowania sprzed dwudziestu lat? Kiedy dziecko musiało słuchać rodziców we wszystkim, a nie to rodzice słuchali kaprysów dzieci. Jak zasłużyło to i dostało klapsa i potem już wiedziało, że źle postępuje. I wszystko było ok.

Dziś nie wolno dziecka ukarać klapsem, bo to jest agresja i patologia. Nawet nie wolno na nie krzyknąć, bo to podchodzi pod stos paragrafów i grozi poważnymi sankcjami. Obecnie dzieci wychowuje się bezstresowo. Wpajając im, już od pierwszych kroków – egocentryczne podejście      do świata i życia. Wielu rodziców stara się przekonać swoje pociechy, iż one są najlepsze, najmądrzejsze i w ogóle wszystko naj, naj... Cały ten proces dopełniają odmóżdżające kreskówki, przekonujące dzieci, że mogą wszystko i ich czyny nie mają żadnych konsekwencji. I tak rosną sobie mali egocentrycy. Dostają wszystko o co proszą i czego żądają.

Później idą do szkoły i tutaj następuje, pierwsze z wieli, brutalne zderzenie z rzeczywistością.   Dosyć bolesne zderzenie. Mianowicie okazuje się wtedy, że w klasie jest jeszcze kilku lub kilkunastu takich samych, małych egoistów. Oni też zawsze muszą być najlepsi i najmądrzejsi. Nie przyjmują do wiadomości porażki i zwykle reagują na nie złością lub spazmatycznym płaczem.

Czasami wydaje mi się, iż takie dzieci cierpią przez wygórowane ambicje swoich rodziców.           
To rodzice nie zauważają, że ich dziecko nie jest orłem, ani wybitnie uzdolnionym artystą lecz przeciętnym uczniem, który ma inne talenty niż naukowe. Może być na przykład osiągającym sukcesy sportowcem. Jednak bardzo często rodzice tego nie zauważają albo nie chcą przyjąć do wiadomości jakie naprawdę zdolności posiada ich dziecko. Zapisują je na wszelkiego rodzaju zajęcia dodatkowe, nie pytając czy dziecko jest nimi zainteresowane, czy zwyczajnie tego chce.

Jak już wcześniej pisałam, winne są tutaj wygórowane rodzicielskie ambicje. I zwykła zazdrość:

Syn Kowalskiej chodzi na kółko matematyczne? To mój syn też będzie chodził! Nie będzie gorszy!”

Tylko nikt nie zapyta czy dziecko interesuje matematyka. Albo kolejny przykład: „Jak to, Maciek chodzi na tenisa, dwa razy w tygodniu? To ty będziesz chodził trzy razy, a co!” A co.. jeśli on woli grać w piłkę albo siatkówkę? O to już nikt nie zapyta, nie liczą się zainteresowania, tylko chęć zaimponowania znajomym. A dzieci na tym cierpią, bo muszą być zawsze i we wszystkim najlepsze. Do tego gdy – nie daj Boże – na klasówce prymusowi powinie się noga, mamusia biegnie do szkoły. Musi wytłumaczyć nauczycielowi, iż: „Mój syn to świetnie rozumie, tylko miał gorszy dzień i dlatego dostał czwórkę, a nie piątkę... Jutro to poprawi.” wiele innych tego typu tłumaczeń.

Rodzice powinny zrozumieć, iż nikt nie jest idealny i nikt nie może być zawsze najlepszy. Każdy ma swoje ograniczenia...

foto by: onet.pl

piątek, 4 grudnia 2015

Mikołaj nie ma łatwo.

Mikołaj za pasem. Potem Boże Narodzenie, a z nim - oczekiwana przez wszystkie dzieci na świecie – Gwiazdka. Pracowite elfy Świętego Mikołaja już pakują niezliczoną ilość prezentów, dla grzecznych dzieci. Dla niegrzecznych w sumie też – rózgi zawsze w pogotowiu. Jednak czy rodzicielski Mikołaj może odmówić prezentu nawet największemu urwisowi. Wątpię...
Prezenty się pakują, a dzieci piszą listy, prosząc w nich o coraz bardziej wymyślne prezenty.     Jestem ciekawa, czy Święty w czerwonej szacie nadąża za obecnymi trendami w świecie prezentów.
Jeszcze kilka dekad temu dzieci cieszyły się z otrzymania pluszowego misia, drewnianych klocków, czy szmacianej lalki. Z czasem drewniane klocki zostały wyparte przez Lego, pluszowy miś i lalka ze szmatek przez Barbie i gadającego psa.
 
Dziś świat zabawek wygląda zupełnie inaczej niż w czasach mojego dzieciństwa. Dzieci nie spojrzą już nawet na klocki Lego. Wśród życzeń królują: tablet, smartfon, iPad, iMac, smartwatch, smartband. Połowy z tych rzeczy nie jestem w stanie ogarnąć. Zastanawiam się jak wyglądają.  Gdyby nie znajomość angielskiego, trudno byłoby mi rozszyfrować, co w ogóle oznaczają te nazwy. Mikołaj też pewnie się nad tym zastanawia. Na szczęście z pomocą przychodzi mu „dr Google”, który wie absolutnie wszystko.
Kiedy ja byłam mała na topie były lalki a' la Barbie, zdalnie sterowane samochody i tamagotchi.     To jest oczywiście wersja ekstra. Dzieci cieszyły się też z pluszaków albo ze słodyczy.
Rarytasem były też mandarynki i pomarańcze, które w sklepach pojawiały się tuż przed świętami.   Do dziś pamiętam ten zapach. Zawsze kojarzył mi się ze świętami, teraz mandarynki już tak nie pachną. Zwłaszcza, że można je kupić przez cały rok w supermarkecie.
Mikołaj nie ma teraz lekko. Ojj, nie. Bardzo trudno trafić w dziecięcy gust. Jedni wolą elektroniczne gadżety: x-box, PSP, tablet... to raczej chłopcy. Nawet, ci duzi. :) Dziewczynki za to wolą: kolorowe kucyki, szczekające pieski, kotki, które można czesać i lalki zombie. Ja z obrzydzeniem patrzę na te lalki. Co to ma być?! Dziewczynki bawią się „żywymi trupami”! Głowa pęka, w oczach się mieni. Trudno się zdecydować, a i przy płaceniu kręci się w głowie.
Współczuję wszystkim, którzy muszą stanąć przed takim dylematem: tablet czy zombie?
Żeby coś kupić trzeba się przez rok zastanowić, a i tak nie ma pewności, że to jest nadal modne. Można próbować zapytać wprost, ale to nie jest takie łatwe. Szukanie listu też nic nie da.        Takowy zawsze znajduje się pod poduszką delikwenta, w momencie, w którym Mikołaj orientuje się, że nie ma już odwrotu.
       
 foto by: edziecko.pl

czwartek, 3 grudnia 2015

Ty, także jesteś dla kogoś nadzieją...


Zabawne jak wielu ludzi pokłada w nas nadzieje. Niekiedy nawet nie mamy o tym pojęcia.               Jak ważne dla innych są nasze czyny i zamierzenia. Jesteśmy zwierciadłem, w którym odbijają się ich pragnienia i marzenia, których nie zdołali zrealizować. Bo nie mieli odwagi albo czas im na to nie pozwolił. Nie chodzi o najbliższych. Oni kochają nas bezwarunkowo, a o bezinteresownych doradców. Nie zauważamy jak starają się przez nas osiągnąć teraz to, co kiedyś było poza ich zasięgiem. Nie dostrzegamy tego jak popychają nas we właściwą im stronę i pociągają                      za odpowiednie sznurki. Zapewne chwytają się ostatniej szansy na spełnienie.

Nie przyjmują innej wiadomości niż ta o sukcesie lub wybitnym osiągnięciu, do którego delikatnie się przyczynili. Podpowiadają, szepczą do ucha, nakierowują i chwalą. Lub zwyczajnie ganią dając upust emocjom wywołanym przez rozbuchane ego z przed lat, jakiego nie można łatwo poskromić.  A my? Idziemy ślepo przed siebie niczego nie widząc i nie słysząc, jak dzieci we mgle.
Oczywiście oczekujemy pomocy i jesteśmy za nią wdzięczni. Jednak nadchodzi moment, gdy mówimy pas. Koniec, dość. Klapki opadają nam z oczu. Dobrze, gdy dzieje się tak w odpowiednim momencie. Kiedy jeszcze można co nie co uratować i podnieść z gruzów. Otrząsnąć się i niczym Atlas nieść własne życie na własnych barkach, bez żadnych doczepek i mentalnych pasażerów na gapę. Zorientować się niezwykle trudno, a wytrwać w postanowieniu też nie jest łatwo.
Trzeba solennie się nakombinować, by nie powrócić z podkulonym ogonem, przyznać się do brawurowego zachowania   i błagać o przyjęcie pod wyrozumiałe skrzydła. W ramiona dobrego wujka, który przecież pragnie tylko naszego dobra. On nie nalega, on informuje o nadarzającej się okazji lub otwiera właściwe -dla niego - furtki. Nie akceptuje odmowy, lub realnej krytyki.

Jest zaślepiony własnym celem i chęcią bezwarunkowej pomocy bliźniemu w potrzebie.         Niestety tylko on jest w stanie dostrzec taką potrzebę. A gdy bliźni zorientuje się w sytuacji, zwykle nie ma już szans na odwrót. Zatem trwa w toksycznej, obsesyjnej krainie dobroci, w której rządzi dobry wujek. Miota się i wije, starając uwolnić, jednak stanowi to nie lada wyzwanie. Ciężko podjąć decyzje, a jeszcze ciężej oprzeć się bałwochwalczym podszeptom doradcy.