Wszystkim, którzy bombardowali mnie ze wszech stron ogłaszam, że wreszcie się doczekali. Wiem wiem, to niemal pół roku od zapowiedzi. Jak ten czas leci...
Ale, nie o tym miałam...
Poniżej znajdziecie fragment mojego nowego opowiadania. "Gdy zapuka przeszłość" to historia w klimacie zbliżona do "Idiotki", którą mieliście okazję przeczytać. Zapraszam do lektury i dzielenia się opiniami. Ze wszystkie ewentualne niedociągnięcia z góry Was przepraszam.
Jestem Lidka. Od zawsze wydawało mi
się, że mam szczęście. Los był dla mnie łaskawy...
Dziś patrzę na to zupełnie inaczej.
Posłuchajcie mojej historii. Opowiem wam, jak w bardzo krótkim
czasie cały mój świat, moje, poukładane życie rozpadło się na
małe kawałeczki, które potem wcale nie chciały do siebie pasować.
Zacznę od początku: Mam na imię
Lidka. Mam dwadzieścia osiem lat.
Mam wszystko, o czym niektórzy w
moim wieku mogą jedynie pomarzyć: własne mieszkanie, nowy
samochód, przystojnego narzeczonego. Jestem architektem. Pracuje w
znanym warszawskim biurze projektowym. To praca, o której zawsze
marzyłam, do tego świetnie płatna i dająca mi satysfakcję.
Pozwala mi pozostawić po sobie na Ziemi trwały ślad.
I wszystko byłoby jak w bajce, jak w
amerykańskim filmie. Chciałoby się dodać:”... i żyli długo, i
szczęśliwie...” Niestety bardzo szybko okazało się, że do tego
jeszcze długa i kręta droga.
****
Pracowałam wtedy nad swoim,
pierwszym, samodzielnym projektem: małego, osiedlowego pasażu
handlowego. Bardzo się cieszyłam, iż mój szef – Jakub –
obdarzył mnie zaufaniem powierzając mi ten projekt. Do tej pory,
jako jego asystentka, zajmowałam się jedynie parzeniem kawy, a od
czasu
do czasu podrzucałam jakiś pomysł do realizowanego w danym
momencie projektu.
Tym razem było inaczej, teraz to ja byłam
odpowiedzialna za całość prac. Zaczęłam z werwą zbierać
pomysły, szukać oryginalnych koncepcji i starałam się, by mój
projekt był wyjątkowy.
Taki, który spodoba się klientowi i spełni
jego oczekiwania.
W ferworze prac, powoli
zaczynałam tracić kontrolę nad czasem. Dni mijały w błyskawicznym
tempie. Niekiedy łapałam się na tym, iż spędzałam w pracy całe
dnie i wieczory.
W domu jedynie sypiałam. Byłam tak zaabsorbowana
pracą, że powoli zaczynałam zaniedbywać mojego narzeczonego,
którego widywałam raczej sporadycznie. Do tego zbliżały się moje
urodziny. Skrzynka wiadomości w moim telefonie pękała w szwach.
Moje przyjaciółki od dłuższego czasu starały się do mnie dobić.
Wreszcie gdzieś między
ostatnimi szkicami projektu, ostatnimi konsultacjami ze zleceniodawcą
i moim szefem udało mi się znaleźć czas na urodzinową imprezę w
gronie przyjaciółek.
Siedziałyśmy z dziewczynami u mnie.
Robert był w swoim gabinecie. Odkąd wrócił z pracy zakopał się w
papierach. Właśnie otwierałam drugą albo trzecią butelkę wina,
gdy odezwał się dzwonek
do drzwi. Spojrzałam na zegarek. Było już
dobrze po północy.
- Czekamy jeszcze na kogoś? - zapytała
Magda lekko zmiękczonym głosem.
- Ja na nikogo nie czekam. Chyba, że
wy coś wymyśliłyście... Jakaś niespodzianka? - próbowałam
zgadnąć, idąc do drzwi.
- Tym razem, to nie my! - usłyszałam
za plecami głos Aśki.
Przekręciłam zamek i otworzyłam
drzwi. Stało za nimi dwóch policjantów.
- Jolka, a jednak będzie striptiz! -
wrzasnęła Magda, tuż za moimi plecami i puściła Jolce
konspiracyjne oczko.
- Pani Lidia Dąbek? - zapytał jeden z
policjantów.
- To, ja. O co chodzi? - zapytałam
zdziwiona ich widokiem.
- Byłyśmy grzeczne, „panowie
władze” - wybełkotała Jolka, która zdążyła już dobrać się
do wina. Policjanci puścili to mimo uszu.
- Sierżant Kowalski, posterunkowy
Michałowski. Komenda Miejska Policji. - sierżant przedstawił
siebie i kolegę.
- Możemy prosić jakiś dokument
tożsamości? - zapytał posterunkowy.
Z szafy w przedpokoju wyciągnęłam
torebkę, poszukałam dokumentów i podałam policjantowi dowód.
- Zgadza się... - powiedział.
- Panowie, powiedzcie o co chodzi? -
przerwałam mu. Czułam, że coś się stało. Nic dobrego.
Ze
zdenerwowania zaczęły mi się pocić dłonie, a w głowie szumiało
mi od wypitego wina.
- Panowie w jakiej sprawie? -
usłyszałam głos Roberta i w tej samej chwili poczułam ciepło
jego dłoni na moim ramieniu.
- Pan jest...?
- To mój narzeczony. Robert Bielecki.
- Z naszych ustaleń wynika, że jest
pani właścicielką samochodu o numerach rejestracyjnych,
tu wyjął
notes i podał numer rejestracyjny mojego auta.
- Tak, to moje auto. Ale o co chodzi?
Ktoś je ukradł?
- Gdzie jest ten samochód?
- Zostawiłam go na parkingu pod biurem
projektowym, w którym pracuję. Na ulicy Zielonej...
- Myślę, że powinna pani pojechać
tam z nami. Więcej powiemy pani na miejscu...
- Panowie, o co tutaj chodzi?! -
zapytał wyraźnie zirytowany Robert – Wyciągacie moją narzeczoną
z domu w środku nocy, jak jakiegoś przestępcę i nawet nie raczycie
powiedzieć dlaczego?!
- Robert, spokojnie... Pojedziemy z
panami i wszystko wyjaśnimy.
- Mogę tylko powiedzieć, że pani
auto zostało uszkodzone i nie wygląda to na zwyczajne włamanie w
celach rabunkowych...
- Czy to pani samochód? - pytają
policjanci, gdy jestem już na parkingu.
Oszołomiona światłami radiowozów i
poblaskiem latarni ulicznych z trudem rozpoznaję swoje auto. Kupione
kilka tygodni temu, w kredycie na kilka długich lat. Mój pierwszy,
nowy samochód.
Moje czarne volvo... Już widzę jak spłacam raty
kredytu chodząc do pracy pieszo lub tłukąc się komunikacją
miejską. Łzy zaczynają tańczyć mi w kącikach oczu. Z
odrętwienia wyrywa mnie głos:
- Proszę pani... czy pani mnie słyszy?
Czy pani jest właścicielem tego auta?
Zbieram się w sobie i staram się
ułożyć setki myśli w mojej głowie.
- Tak, to jest mój samochód. To
znaczy, był...
- Czy widziała pani dziś coś
podejrzanego? Ktoś się kręcił koło pani samochodu? Tu na
parkingu albo gdzieś indziej? Pod sklepem? Pod domem?
- Nie... raczej nie. Dlaczego pan o to
pyta?
Z trudem mijam grupę policjantów i
spory tłumek gapiów. Schylam się i przechodzę pod biało-
niebieską taśmą z napisem: „POLICJA” i podchodzę bliżej
samochodu. A raczej tego, co z niego zostało. Wygląda jakby brał
udział w wypadku, uderzył w coś, a później koziołkował.
Nie ma
żadnej całej szyby, ma stłuczone wszystkie reflektory, urwane
lusterka, pocięte opony, powgniataną karoserię... Tylko dach ma
cały, a na nim kikut pozostały po wyłamanej antenie...
Alarm
rzęzi ostatkiem sił.
- Zanim pani podejdzie bliżej
chciałbym... proszę zaczekać... - słyszę jak jeden z policjantów
coś
do mnie mówi. Ignoruję go.
Podchodzę do maski, jedynej ocalałej
części mojego samochodu. W wątłym świetle latarni odczytuję
napis, wykonany na niej białym sprayem:
„JESZCZE CIĘ DORWĘ SUKO”
Czytam go kilkakrotnie. Czuję jak całe
ciało zaczyna mi drżeć z nerwów.
- Chciałem pani tego oszczędzić...
ale nie dała się pani zatrzymać...
Podejrzewa pani kogoś – pyta
jeden z policjantów – Może ktoś pani groził? Ma pani jakichś
wrogów?
- Co pan mówi?! Jakich wrogów?
Ledwo trzymam się na nogach, Nagle
czuję jak ktoś podtrzymuje mnie za łokieć. Mój ukochany.
O nic nie pyta, po prostu jest. Za to
policjanci zadają mi całą masę pytań, nie umiem się skupić,
nie jestem w stanie odpowiadać. Opieram się plecami o latarnię.
Przed oczami wciąż wiruje mi jedno zdanie: „JESZCZE CIĘ DORWĘ
SUKO!”
Co oni wszyscy mówią? Kto to zrobił?
Czym sobie na to zasłużyłam? - myślę.
„Jeszcze cię dorwę suko!”
Powtarzam w głowie jak mantrę.
Nagle robi mi się gorąco. Światła
latarni i radiowozów zlewają się w jedną białą plamę, a potem
wszystko robi się niesamowicie czarne. Osuwam się na ziemię,
dokładnie gdy dziewczyny podchodzą do mnie. Robi mi się
niesamowicie błogo, słyszę tylko jakieś krzyki, a potem nastaje
zupełna cisza...
*powyższe opowiadanie w całości stanowi fikcje literacką i nie ma swojego odzwierciedlenia w rzeczywistości.































