czwartek, 29 grudnia 2016

"Gdy zapuka przeszłość"*

Witajcie!
Wszystkim, którzy bombardowali mnie ze wszech stron ogłaszam, że wreszcie się doczekali. Wiem wiem, to niemal pół roku od zapowiedzi. Jak ten czas leci...
Ale, nie o tym miałam...
Poniżej znajdziecie fragment mojego nowego opowiadania. "Gdy zapuka przeszłość" to historia w klimacie zbliżona do "Idiotki", którą mieliście okazję przeczytać. Zapraszam do lektury i dzielenia się opiniami. Ze wszystkie ewentualne niedociągnięcia z góry Was przepraszam.


Jestem Lidka. Od zawsze wydawało mi się, że mam szczęście. Los był dla mnie łaskawy...
Dziś patrzę na to zupełnie inaczej. Posłuchajcie mojej historii. Opowiem wam, jak w bardzo krótkim czasie cały mój świat, moje, poukładane życie rozpadło się na małe kawałeczki, które potem wcale nie chciały do siebie pasować.

Zacznę od początku: Mam na imię Lidka. Mam dwadzieścia osiem lat. 
Mam wszystko, o czym niektórzy w moim wieku mogą jedynie pomarzyć: własne mieszkanie, nowy samochód, przystojnego narzeczonego. Jestem architektem. Pracuje w znanym warszawskim biurze projektowym. To praca, o której zawsze marzyłam, do tego świetnie płatna i dająca mi satysfakcję. Pozwala mi pozostawić po sobie na Ziemi trwały ślad.
I wszystko byłoby jak w bajce, jak w amerykańskim filmie. Chciałoby się dodać:”... i żyli długo, i szczęśliwie...” Niestety bardzo szybko okazało się, że do tego jeszcze długa i kręta droga.

****

Pracowałam wtedy nad swoim, pierwszym, samodzielnym projektem: małego, osiedlowego pasażu handlowego. Bardzo się cieszyłam, iż mój szef – Jakub – obdarzył mnie zaufaniem powierzając mi ten projekt. Do tej pory, jako jego asystentka, zajmowałam się jedynie parzeniem kawy, a od czasu
 do czasu podrzucałam jakiś pomysł do realizowanego w danym momencie projektu. 
Tym razem było inaczej, teraz to ja byłam odpowiedzialna za całość prac. Zaczęłam z werwą zbierać pomysły, szukać oryginalnych koncepcji i starałam się, by mój projekt był wyjątkowy. 
Taki, który spodoba się klientowi i spełni jego oczekiwania.
W ferworze prac, powoli zaczynałam tracić kontrolę nad czasem. Dni mijały w błyskawicznym tempie. Niekiedy łapałam się na tym, iż spędzałam w pracy całe dnie i wieczory. 
W domu jedynie sypiałam. Byłam tak zaabsorbowana pracą, że powoli zaczynałam zaniedbywać mojego narzeczonego, którego widywałam raczej sporadycznie. Do tego zbliżały się moje urodziny. Skrzynka wiadomości w moim telefonie pękała w szwach. Moje przyjaciółki od dłuższego czasu starały się do mnie dobić.
Wreszcie gdzieś między ostatnimi szkicami projektu, ostatnimi konsultacjami ze zleceniodawcą 
i moim szefem udało mi się znaleźć czas na urodzinową imprezę w gronie przyjaciółek.
Siedziałyśmy z dziewczynami u mnie. Robert był w swoim gabinecie. Odkąd wrócił z pracy zakopał się w papierach. Właśnie otwierałam drugą albo trzecią butelkę wina, gdy odezwał się dzwonek
 do drzwi. Spojrzałam na zegarek. Było już dobrze po północy.
- Czekamy jeszcze na kogoś? - zapytała Magda lekko zmiękczonym głosem.
- Ja na nikogo nie czekam. Chyba, że wy coś wymyśliłyście... Jakaś niespodzianka? - próbowałam zgadnąć, idąc do drzwi.
- Tym razem, to nie my! - usłyszałam za plecami głos Aśki.
Przekręciłam zamek i otworzyłam drzwi. Stało za nimi dwóch policjantów.
- Jolka, a jednak będzie striptiz! - wrzasnęła Magda, tuż za moimi plecami i puściła Jolce konspiracyjne oczko.
- Pani Lidia Dąbek? - zapytał jeden z policjantów.
- To, ja. O co chodzi? - zapytałam zdziwiona ich widokiem.
- Byłyśmy grzeczne, „panowie władze” - wybełkotała Jolka, która zdążyła już dobrać się do wina. Policjanci puścili to mimo uszu.
- Sierżant Kowalski, posterunkowy Michałowski. Komenda Miejska Policji. - sierżant przedstawił siebie i kolegę.
- Możemy prosić jakiś dokument tożsamości? - zapytał posterunkowy.
Z szafy w przedpokoju wyciągnęłam torebkę, poszukałam dokumentów i podałam policjantowi dowód.
- Zgadza się... - powiedział.
- Panowie, powiedzcie o co chodzi? - przerwałam mu. Czułam, że coś się stało. Nic dobrego. 
Ze zdenerwowania zaczęły mi się pocić dłonie, a w głowie szumiało mi od wypitego wina.
- Panowie w jakiej sprawie? - usłyszałam głos Roberta i w tej samej chwili poczułam ciepło jego dłoni na moim ramieniu.
- Pan jest...?
- To mój narzeczony. Robert Bielecki.
- Z naszych ustaleń wynika, że jest pani właścicielką samochodu o numerach rejestracyjnych,
 tu wyjął notes i podał numer rejestracyjny mojego auta.
- Tak, to moje auto. Ale o co chodzi? Ktoś je ukradł?
- Gdzie jest ten samochód?
- Zostawiłam go na parkingu pod biurem projektowym, w którym pracuję. Na ulicy Zielonej...
- Myślę, że powinna pani pojechać tam z nami. Więcej powiemy pani na miejscu...
- Panowie, o co tutaj chodzi?! - zapytał wyraźnie zirytowany Robert – Wyciągacie moją narzeczoną 
z domu w środku nocy, jak jakiegoś przestępcę i nawet nie raczycie powiedzieć dlaczego?!
- Robert, spokojnie... Pojedziemy z panami i wszystko wyjaśnimy.
- Mogę tylko powiedzieć, że pani auto zostało uszkodzone i nie wygląda to na zwyczajne włamanie w celach rabunkowych...


- Czy to pani samochód? - pytają policjanci, gdy jestem już na parkingu.
Oszołomiona światłami radiowozów i poblaskiem latarni ulicznych z trudem rozpoznaję swoje auto. Kupione kilka tygodni temu, w kredycie na kilka długich lat. Mój pierwszy, nowy samochód. 
Moje czarne volvo... Już widzę jak spłacam raty kredytu chodząc do pracy pieszo lub tłukąc się komunikacją miejską. Łzy zaczynają tańczyć mi w kącikach oczu. Z odrętwienia wyrywa mnie głos:
- Proszę pani... czy pani mnie słyszy? Czy pani jest właścicielem tego auta?
Zbieram się w sobie i staram się ułożyć setki myśli w mojej głowie.
- Tak, to jest mój samochód. To znaczy, był...
- Czy widziała pani dziś coś podejrzanego? Ktoś się kręcił koło pani samochodu? Tu na parkingu albo gdzieś indziej? Pod sklepem? Pod domem?
- Nie... raczej nie. Dlaczego pan o to pyta?
Z trudem mijam grupę policjantów i spory tłumek gapiów. Schylam się i przechodzę pod biało- niebieską taśmą z napisem: „POLICJA” i podchodzę bliżej samochodu. A raczej tego, co z niego zostało. Wygląda jakby brał udział w wypadku, uderzył w coś, a później koziołkował. 
Nie ma żadnej całej szyby, ma stłuczone wszystkie reflektory, urwane lusterka, pocięte opony, powgniataną karoserię... Tylko dach ma cały, a na nim kikut pozostały po wyłamanej antenie...
 Alarm rzęzi ostatkiem sił.
- Zanim pani podejdzie bliżej chciałbym... proszę zaczekać... - słyszę jak jeden z policjantów coś
 do mnie mówi. Ignoruję go.
Podchodzę do maski, jedynej ocalałej części mojego samochodu. W wątłym świetle latarni odczytuję napis, wykonany na niej białym sprayem:
„JESZCZE CIĘ DORWĘ SUKO”
Czytam go kilkakrotnie. Czuję jak całe ciało zaczyna mi drżeć z nerwów.
- Chciałem pani tego oszczędzić... ale nie dała się pani zatrzymać... 
Podejrzewa pani kogoś – pyta jeden z policjantów – Może ktoś pani groził? Ma pani jakichś wrogów?
- Co pan mówi?! Jakich wrogów?
Ledwo trzymam się na nogach, Nagle czuję jak ktoś podtrzymuje mnie za łokieć.  Mój ukochany.
O nic nie pyta, po prostu jest. Za to policjanci zadają mi całą masę pytań, nie umiem się skupić, 
nie jestem w stanie odpowiadać. Opieram się plecami o latarnię. Przed oczami wciąż wiruje mi jedno zdanie: „JESZCZE CIĘ DORWĘ SUKO!”
Co oni wszyscy mówią? Kto to zrobił? Czym sobie na to zasłużyłam? - myślę.
„Jeszcze cię dorwę suko!” Powtarzam w głowie jak mantrę.
Nagle robi mi się gorąco. Światła latarni i radiowozów zlewają się w jedną białą plamę, a potem wszystko robi się niesamowicie czarne. Osuwam się na ziemię, dokładnie gdy dziewczyny podchodzą do mnie. Robi mi się niesamowicie błogo, słyszę tylko jakieś krzyki, a potem nastaje zupełna cisza...




*powyższe opowiadanie w całości stanowi fikcje literacką i nie ma swojego odzwierciedlenia w rzeczywistości.

wtorek, 27 grudnia 2016

"Poniedziałkowa klątwa wtorku..."

 Nie lubię „niezorientowanych” ludzi. Takich, którzy nie chcą wiedzieć, poznać czegoś, przeczytać, zobaczyć. Ludzi, którzy boją się poszerzać swe doświadczenia, swoją autopsję. Naprawdę strasznie mnie to denerwuje. Doprowadza wręcz do szewskiej pasji.

No, bo po co przeczytać coś, skoro inni już to zrobili. Wystarczy, że oni się męczyli to ja już nie muszę...”
No po co czytać choćby taki rozkład jazdy autobusów! Przecież wisi takowy na przystanku i tam czarno na białym jest wszystko dokładnie opisane. Wystarczy przeczytać.

Ot i pewnego razu dopadła mnie klątwa poniedziałku, we wtorek. Stoję sobie w moim ukochanym mieście, na przystanku tłum. Autobus jak zawsze opóźniony, co już nikogo nie dziwi. Do przystanku dociera kobieta, bliżej nieokreślonego wieku. Z kilkunastu osobowego tłumu, w czasie ostrej selekcji wzrokowej wyławia właśnie mnie:
- Przepraszam, pani też na autobus? - pyta, żeby cokolwiek zagaić.
A gdzie tam...- myślę sobie – tak sobie przyszłam postać na przystanku. Nie mam nic ciekawszego do roboty.
- Tak. - odpowiadam.
- A dokąd ten autobus będzie jechał?
Przyszłaś, kobieto na przystanek i nie wiesz, gdzie jechać.- myślę i czuję, że to będzie dobry dialog.
- Zależy, który... Stąd odjeżdża kilka linii...
- A pani? Którym będzie jechać? - dopytuje kobieta.
- Piątką. - mówię licząc, że wreszcie da mi spokój.
- A gdzie ona jedzie?
-Na ulicę Leśną. -odpowiadam z coraz mniejszą chęcią. A, że jestem kulturalna to nie mogę nie odpowiedzieć.
- Aha... A inne autobusy to gdzie jadą? - kobieta wyraźnie nie daje za wygraną.
- Nie wiem. Jest rozkład może pani sobie sprawdzić... - teraz już trudno mi ukryć irytację.
- A kto by tam to czytał! Lepiej zapytać, jak ktoś jechał to będzie wiedział...
Z trudem duszę w sobie przekleństwo, które ma wielką ochotę wyrwać się z moich ust.
Ta – myślę – Będzie wiedzieć lepiej niż rozkład.
- To nie wie, pani? - dopytuje kobieta.
- Niestety, nie. - odburkuję.
- To trzeba by przeczytać...
- Można przeczytać. - odpowiadam, wskazując rozkład.
Nastaje cisza. Kobieta spogląda to na mnie to na wiszącą kartkę z rozkładem.
Co?! Ja mam to czytać?! - nie dowierzam w myślach.
Kobieta stoi, wgapia się we mnie.
Może nie potrafi czytać...
Po chwili znacząco odchrząkuje. Udaję, że nie słyszę. Zaraz po tym odchodzi naburmuszona i zdenerwowana.
Nareszcie... - cieszę się w myślach.
Wreszcie podjeżdża mój autobus. Z nieukrywaną radością wsiadam. Za plecami słyszę głos tej samej kobiety:
- Przepraszam, pan też na autobus?


poniedziałek, 31 października 2016

"Dla tych, którzy odeszli..."

 Święto Zmarłych. Na jeden jedyny dzień w roku na wszystkich cmentarzach w kraju zapłoną znicze. Na znak pamięci o naszych bliskich, którzy odeszli. Cmentarze zapełnią się rodzinami, groby zakryje morze kwiatów.
Za trzy dni, niewiele już pozostanie z tej pamięci... Wszyscy wrócą do swoich obowiązków, do pracy, szkoły. Świeczki zgasną, kwiaty zwiędną, sztuczne wiązanki zblakną, zwieje je wiatr...
Szkoda, że tylko na te dwa "szczególne" dni pamiętamy. Dlaczego tak niewielu odwiedza cmentarze przez cały rok? Czemu tylko w listopadzie kupujemy piękne kwiaty i znicze?
Tak trudno pamiętać przez cały rok? Przecież co dzień mijamy cmentarze w drodze do pracy, na zakupy... Wystarczy skręcić, przystanąć na chwilę zapalić znicz...
1listopada to bardzo smutny dzień. Dla nas wszystkich, dla mnie też.
Stojąc nad grobami bliskich, staram się przypomnieć sobie ich twarze, uśmiechy, głos. W myślach wspominam wspólne, radosne chwile. Długie rozmowy, żarty... I łapię się na tym, że z każdym rokiem, przychodzi mi to coraz trudniej. Pomimo, że pielęgnuję obrazy tych wspomnień, uciekają z mej pamięci i spadają w odchłań zapomniemia, jak jesienne liście z drzew...
Zastanawiam się co by było gdyby żyli? Jak odnaleźli by się w obecnej rzeczywistości? Myślę o tych wszystkich rzeczach, których już im nie pokaże. I boli mnie, że jeszcze tyle chciałabym im powiedzieć... ale już nie będę mi to dane. Zatem stojąc pośród grobów szeptam słowa, których nigdy nie usłyszą i opowiadam im co się wydarzyło.
I tęsknię. Tak bardzo za nimi tęsknię. Zastanawiam się czy "tam" gdzie odeszli jest im dobrze, czy niczego im nie brakuje? I czy tęsknią tak mocno jak ja...
Na ten jeden dzień, odejdźmy od komputerów. Wyłączmy internet, wylogujmy się do rzeczywistości. Zróbmy to "dla tych, którzy odeszli..." Idźmy na cmentarz i pokażmy im, że o nich pamiętamy.

wtorek, 4 października 2016

"Przesądne przesądy"

Polacy, to bardzo przesądny naród. Coś takiego jest w Nas, co każe nam wierzyć w przesądy. Zjawisko to jest dosyć powszechne. Co więcej trudno się go pozbyć, wyplenić, ponieważ jest bardzo głęboko zakorzenione w naszej kulturze i w naszej krwi. Jest to chyba nasza narodowa cecha albo bardzo rozległa tradycja.

Ja z reguły nie należę do przesądnych, nie daję się zwariować i nie ogarnia mnie panika ma widok czarnego kota, przechodzącego mi drogę... Jednak trudno jest nie ulec czemuś, co jest nam wpajane od najmłodszych lat i z czym wciąż obcujemy.
Z przesądami jest tak: ile ludzi tyle różnych przesądów. Nie sposób ich wymienić, wciąż odkrywamy nowe.

Mój ulubiony przesąd? Hmm... tyle tego, trudno wybrać.
Ok. Moje ulubione:
#1 - kręcenie czapką, które wywołuje ból głowy. Na pewno kojarzycie taki obrazek: znudzone trzymaniem czapki w rękach dziecko, zaczyna nią kręcić na palcach jak hula hop. Matka krzyczy na nie: "Nie rób tak, bo cię będzie boleć głowa" Zawsze gdy coś takiego słyszę, zastanawiam się czy już "kogoś" nie boli...
Jaki związek ma boląca głowa z bawieniem się czapką?! Czy od kręcenia czapką zbierają się receptory bólowe, które po jej założeniu wskoczą do głowy i wywołają ból. Z takim razie trzeba się pozbyć wszystkich czapek! A co jeśli w nocy one chodzą na karuzelę, a potem czyhają wraz z bólem na głowy swoich właścicieli?! Totalny bezsens! Chyba, że do czapki włożymy cegłę, która po założeniu spadnie nam na głowę. To wtedy naprawdę będzie boleć... :)

#2 - przysiadanie na chwilę i liczenie do trzech, gdy zapomnimy czegoś i wrócimy po to do domu.
Wierzymy, że jeśli nie przysiądziemy to będziemy mieli pecha, dzień będzie nieudany i nic co planowaliśmy nie powiedzie się. Kolejna bzdura! Co takie przysiadanie zmieni? Zaczaruje los, żeby nam sprzyjał? Ok, to nie pomaga i w zasadzie nie szkodzi. Chyba, że komuś zdarzy się przysiąść na dłuższą chwilę i ucieknie mu autobus albo spóźni się do pracy. 

#3 - rozbicie lustra, oznaczające siedem lat nieszczęścia. To chyba najgorszy z przesądów! Zdecydowanie. Nasza przyszłość zależy tylko od Nas samych, to w pewnym sensie konsekwencja naszych obecnych czynów i wyborów. Jaką rolę odgrywa tu zwierciadło? Każdy komu powinie się noga rozbił w przeszłości lustro. Pamiętam jak w dzieciństwie zanosiłam się płaczem nad kawałkami lusterka.  Byłam zrozpaczona gdy myślałam o zbliżających się nieszczęściach, które już na mnie czekały, gotowe do ataku.
 I jakoś trudno mi je sobie przypomnieć. To była bardziej forma przestrogi, żeby dzieci nie zbliżały się, do dużych luster i nie zrobiły sobie krzywdy, w przypadku ich stłuczenia.

#4 - czarny kot przebiegający drogę. Wydaje nam się, że przynosi pecha. Cofamy się o trzy kroki, spluwamy przez lewe ramię. Co to może zmienić? A gdy drogę przebiegnie nam rudy kot    
(mój codziennie włazi mi pod nogi) albo czarny pies? To też przynosi pecha? 
Po prostu z tego puchatego stworzonka zrobiliśmy piewcę złego. Zwiastun zbliżającej się klęski. Dlaczego? Bo od wieków czarne koty były atrybutem czarownic. A same czarownice też przynoszą pecha? Wiele z nich spotykamy na swojej drodze codziennie... :)


I mogłabym tak bez końca wymieniać:
- przechodzenie pod drabiną,
- piątek trzynastego
- nie witanie się z kimś przez próg
- pełnia księżyca źle wpływająca na malowanie włosów (i nie tylko)
- odpukiwanie w niemalowane drewno.

Większość z naszych przesądów dotyczy złych rzeczy, które mogą nas spotkać. Są sposobem na ich przepędzenie, zaklęcie, pozwolą nam uniknąć ich. Ale są też takie, które przynoszą szczęście:
- znalezienie czterolistnej koniczyny
- łapanie za guzik na widok kominiarza
- trzymanie kciuków.


foto by: 1 mln wallpapers hd free, pixabay

środa, 24 sierpnia 2016

Czas

W ostatnim czasie bardzo trudno jest mi znaleźć czas. Ogarnąć się czasowo. Podzielić go między pracę, a inne obowiązki.
Czas jak piasek przelatuje mi między palcami, kradnąc tak cenne godziny i minuty.
Dni pędzą jak szalone. Tydzień zlewa się w jedno, myląc mi dni. Niektóre z nich gubię, inne powielam. I naprawdę już nie wiem, co sprawia, że jeszcze nie oszalałam...
Monotonia wlewa się we mnie rwącym strumieniem. Zachłystuję się rutyną, upijam zawrotną szybkością zdarzeń.
Chcę pokroić dobę na małe, równe kawałeczki. Staram się być przy tym dokładna, jednak ostrze mojego noża tępi się przy każdej próbie cięcia.
Tracę oparcie, grunt osuwa mi się z pod nóg... Świat wiruje ogromną spiralą w mojej głowie.
Zamykam oczy i zatracam się w niebycie, spadając w przepaść.



P.S. W temacie zapowiadanego opowiadania: jestem zmuszona odwlec jego publikacje na blogu na czas bliżej nieokreślony. Powodem jest - jak zwykle - permanentny  brak czasu, który mogłabym poświęcić na korektę i ewentualne dopiski. Czekajcie cierpliwie, obiecuję, że naprawdę warto. Pozdrawiam.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Premiera nowego opowiadania, już niebawem...

Witajcie!
Tak jak w tytule, niebawem na tym oto blogu pojawi się moje nowe, ( no może tak nie całkiem) opowiadanie. Muszę jeszcze tylko przeprowadzić małą korektę, posklejać w całość porozrzucane po różnych szufladach, notatnikach i kartkach fragmenty. Myślę, że powinno Wam się spodobać, nie mniej niż "Idiotka".

Poczekajcie jeszcze, bo warto. A na zachętę i umilenie czasu oczekiwań malutki fragment dla Was. Opowiadanie będzie nosić tytuł: "Gdy zapuka przeszłość".


Jestem Lidka. Od zawsze wydawało mi się, że mam szczęście. Los był dla mnie łaskawy...
Dziś patrzę na to zupełnie inaczej. Posłuchajcie mojej historii. Opowiem wam, jak w bardzo krótkim czasie cały mój świat, moje, poukładane życie rozpadło się na małe kawałeczki, które potem wcale nie chciały do siebie pasować.

Zacznę od początku: Mam na imię Lidka. Mam dwadzieścia osiem lat. Mam wszystko, o czym niektórzy w moim wieku mogą jedynie pomarzyć: własne mieszkanie, nowy samochód, przystojnego narzeczonego. Jestem architektem. Pracuje w znanym warszawskim biurze projektowym. To praca, o której zawsze marzyłam, do tego świetnie płatna i dająca mi satysfakcję. Pozwala mi pozostawić po sobie na Ziemi trwały ślad.

I wszystko byłoby jak w bajce, jak w amerykańskim filmie. Chciałoby się dodać:”...i żyli długo, i szczęśliwie...” Niestety bardzo szybko okazało się, że do tego jeszcze długa i kręta droga. *

* powyższy fragment pochodzi z opowiadania, które w całości jest fikcją literacką i nie ma żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości.

niedziela, 3 lipca 2016

Gorąco i nic się nie chce...

Witajcie!
Muszę się Wam przyznać do lenistwa. Tak, jestem ostatnio pisarskim leniwcem. Może i pomysłów mi nie brakuje, tematów do pisania jest sporo. Jednak już samo pisanie, ostatni idzie mi dosyć opornie. Zrzucam winę - jak wszyscy teraz - na falę afrykańskich upałów przetaczającą się przez Polskę w ostatnim czasie. To prawda, temperatura w okolicach 40 stopni Celsjusza nie zachęca do jakichkolwiek czynności. Pisanie też do nich należy. Trudno jest sięgnąć po kartkę i długopis, kiedy w koło taki skwar.
Jednakże synoptycy zapowiadają znaczne ochłodzenie i deszcz, co pozwoli nam odetchnąć nieco, a mnie nastroi do pisanie, mam nadzieję - fajnych teksów, które Wam się spodobają. Co prawda mam w zanadrzu kila ciekawych historii. Niestety są one jeszcze w powijakach. Czekają na "dopieszczenie" i może wtedy ujrzą światło dzienne w blogerze...
 Niczego nie obiecuję, wszystko jest kwestią braku czasu i upałów oczywiście!

"Emocjonalne pijawki", czyli toksyczni ludzie.

Niektórzy ludzie mają rzadki dar wyprowadzania innych z równowagi. Co tam dar - to jest ich hobby! Jedyna rozrywka na jaką mogą sobie pozwolić w swoim życiu... Jakąż muszą czuć "adrenalinkę", gdy to robią! Och, cóż za emocje!

Zawsze są to ludzie, mniemający, że są boscy, a jedynie przez pomyłkę trafili na Ziemię między zwykłych ludzi. Oni - tylko we własnej głowie - są na piedestale. Należy im się cześć, chwała i bezwzględny szacunek, na które nawet nie muszą sobie zasłużyć.

Permanentnie starają sie znaleźć dziurę w całym. Skupic na sobie uwagę innych. Udowodnić im, że to ich zdanie jest słuszne i jedynie ważne. Często odwracają kota ogonem, próbują wszystkich wokół przekonać jak wielka krzywda im się dzieje... (krzywda w postaci braku zainteresowania).
Jacy to oni są biedni i bezbronni. Zgrywają niewiniątka, a tak naprawdę to tylko w nich tkwi źródło wszystkich spadających na nich problemów. Cóż... każdy ponosi konsekwencje swoich czynów i wyborów, nikogo to nie ominie.

Jednak ci ludzie próbują się wybielić kosztem ludzi ze swego otoczenia. 
Knują zaszczuwają ludzi, wiecznie mają o wszystko pretensje i nigdy nie potrafią żyć 
w zgodzie z otoczeniem.
Są toksyczni i wydają się nie mieć o tym pojęcia. Piękne odgrywają ofiary, nie umiejące radzić sobie w życiu "sierotki". To do nich zawsze musi należeć ostatnie słowo, zdanie...

Nie umieją przyznać się do błędu. Szczelnie zamknięci w "skorupie własnej doskonałości", nie dostrzegają tego jacy w rzeczywistości są zabawni. Jakie pośmiewisko robią z siebie przed innymi. Są błaznami, których nikt już nie traktuje poważnie.

Przymykamy oczy na te fanaberie i wieczne pretensje. Staramy się nie słyszeć kłamstw 
i głupot kierowanych pod naszym adresem. Nie dajemy się wciągać w tę chorą grę, która nigdy się nie kończy. Unikamy tych "pijawek emocjonalnych", bo one wysysają z nas dobrą energię, spokój i dobry humor. Tacy ludzie nie wiedzą czym jest dobre wychowanie czy uprzejmość. 


Każdy z nas zna taką osobę. Toksycznego stwora, który świetnie dogaduje się jedynie 
z własnym lustrzanym odbiciem.




foto by: google.com, pixaby.com. hd wallpapers free

piątek, 17 czerwca 2016

Dla przypomnienia, słów kilka...

Tak dla przypomnienia. Żeby ktoś nie zapomniał:

Wszystkie teksty i posty są własnością autora. Kopiowanie i rozpowszechnianie publikowanych na blogu treści bez jego zgody jest zabronione.

wtorek, 14 czerwca 2016

Muzyka jest z nami zawsze

Muzyka. Bez niej nie istniałby świat. Jest z nami zawsze, od samego początku - aż po kres naszej drogi na tym łez padole...

Każdy z Nas ma swoją ulubioną muzykę, konkretny gatunek, który go zachwyca.
Niektórzy lubią ostre metalowe granie, inni rock, a jeszcze inni jazz.

Ja staram się nie ograniczać. Uważam, że nie można zamknąć się w jednym gatunku, będąc głuchym na inne. W tej dziedzinie trzeba eksperymentować!

Ostatnio zachwyca mnie muzyka klasyczna! Jest to - moim zdaniem - kwintesencja prawdziwej muzyki. Jest najbardziej prawdziwa i żywa. Czasem wydaje się wręcz namacalna. Zwłaszcza z perspektywy nowoczesnych gatunków, które z muzyką i instrumentami mają coraz mniej wspólnego. Na przykład muzyka elektroniczna, gdzie prawdziwe instrumenty zajmuje komputer, syntezator albo konsoleta dj-a.

Zaś muzyka klasyczna wymaga od twórców prawdziwego grania. Wiedzy i umiejętności gry na instrumencie. W taką naukę trzeba włożyć dużo pracy, trwającej lata i dużo serca. Trzeba czuć to, co się gra. I to jest dla mnie prawdziwa Muzyka!
Zakochałam się w niej. Nie rozumiem dlaczego wcześniej jej nie słuchałam...
W dzieciństwie wydawała mi się nudna. Jakże się wówczas myliłam!
Dziś nie umiem przestać do niej wracać. Nie wyobrażam sobie życia bez utworów klasycznych, bez słuchania ich codziennie.

Uwielbiam poranki ze Straussami - ojcem i synem. Latem, siadam przed domem z filiżanką kawy i pozwalam oblewać się falom "Nad pięknym modrym, Dunajem"
Nic nie wprawia mnie w tak dobry nastrój jak "24 Kaprysy smyczkowe N. Paganiniego"
Czy jest coś piękniejszego od "Marsza Radeckiego"  albo "Sonaty księżycowej"
L. van Beethovena?
Równać się z nimi może jedynie śpiew ptaków o świcie. One też potrafią dać cudowny koncert. I potrafią pięknie wykorzystać swoje umiejętności.

piątek, 3 czerwca 2016

Ludzie, używajcie polskich znaków!

Od dawna nosiłam się z zamiarem napisania tego posta. Tak na prawdę siedzi on w mojej głowie od dawna. Siedzi i grzecznie sobie czeka na swój coming out. 
Często piszę o tym, co mnie irytuje, śmieszy albo smuci. Ten post nie będzie wcale odbiegał od pozostałych.


Jako zatwardziała strażniczka języka polskiego z naciskiem na poprawne pisanie, muszę wyrazić swe wielkie ubolewanie nad faktem olewania przez niektórych ludzi polskiej pisowni. Nienawidzę, gdy ktoś pisząc nie używa polskich znaków: ą, ę, ć, ś, ł, ó, dż, dź! 
Tak trudno jest wcisnąć CTRL?! Albo przytrzymać literę na qwerty w telefonie?! 
Nie wiem, ludzi to boli? Ja u siebie nie zauważyłam żadnych negatywnych objawów w czasie pisania z użyciem polskich znaków.
A może jesteśmy już tak zabiegani, zatraceni w rutynie dnia codziennego, iż uważamy to za stratę czasu? Ok. W pośpiechu zdarzają nam się błędy, ale nie notoryczne. 

Tylko nieliczni używają z namaszczeniem i czcią (czyt. jak ja), a reszta zwyczajnie ma to w d... Po co używać "tych literek z tymi takim ogonkami czy czymś", lepiej robić z siebie analfabetę, bo to wstyd pisać "Cześć" zamiast "Czesc". Używanie poprawnej pisowni to wstyd, siara, przypał albo przypal i obciach. Analfabetyzm jest trendy. 


Tym bardziej, że wszystkie możliwe aplikacje, komunikatory, edytory tekstów, okna wiadomości na portalach społecznościowych i poczcie internetowej - posiadają wbudowaną opcję sprawdzania poprawności pisowni. Jak można opublikować albo wysłać komuś wiadomość, w której niemal wszystkie wyrazy są podkreślone czerwoną falą?!

Nie pojmuję tego. I chyba nigdy nie ogarnę tak do końca. Do przeciwników poprawności językowej żadne argumenty nie docierają. Oni wiedzą lepiej i nic ich nie przekona.


foto by pixaby, google

wtorek, 17 maja 2016

"Tej miłości nikt nie zrozumie..."

Jeszcze całkiem niedawno myślałam, byłam wręcz pewna, że mogę opisać wszystko. Wydawało mi się, że nie ma niczego, czego nie dałoby się ubrać w słowa.Opisać w pełni oddając wygląd, zapach, fakturę, wygląd, kolor...
Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że nie zawsze będzie to opis idealny i zrozumiały. Zawsze starałam się pisać prosto, bez wyszukanych ozdobników, nadętych słów..., by nie przesadzić.

Dopiero majowe spotkanie z pewnym bardzo mądrym i doświadczonym człowiekiem, pomogło mi pojąć jak bardzo błądziłam.
Człowiek ów namawiany przez mnie do zapisania swych wspomnień, ( jakże dla mnie ciekawych i niezwykle poruszających), otworzył mi oczy. Sprawił, że zrozumiałam jak bezowocne próby do tej pory podejmowałam. Próby opisu krainy mojego dzieciństwa.
Po długich namowach, powiedział mi:
"... można opisać fakty, daty, wydarzenia (...), ale nie jesteśmy w stanie opisać uczuć, jakie nami żądzą, (...) nie da się ubrać w słowa niesamowitego błękitu nieba, tej mgły na łące o świcie, śpiewu ptaków (...) Nikt prócz nas nie zrozumie naszej miłości do ojczystej ziemi, (...) tego jak moje serce podskakuje w piersi, gdy wracam w rodzinne strony, (...) moje miejsce na ziemi, mój dom..."


Urzekły mnie jego słowa i bijąca z nich prawda. Poczułam z nim niezwykłą więź, nić porozumienia. Doskonale wiedziałam o czym mówi. Chociaż się tutaj nie urodził, jak ja, to z tą ziemią wiążą się jego lata młodości. Tak jak ja dorastał w tym miejscu. I tak jak ja pokochał je na zawsze.

Miał rację. Nie można wszystkiego opisać, opowiedzieć słowami. Zwłaszcza komuś, kto tego nigdy nie widział, wyobraźnia może przedstawić zupełnie inny obraz. Przecież nikt nie zrozumie naszego sentymentu do rodzinnego domu, miejsc zabaw w dzieciństwie. Nie poczuje niesamowitego zapachu świeżo pieczonego, babcinego ciasta. Nie wyobrazi sobie koloru nieba o zachodzie słońca, zieleni trawy w ogrodzie, nie poczuje zapachu sosnowego lasu...
Żadne słowa nie opiszą śpiewu ptaków o wschodzie słońca, smaku świeżego chleba i dotyku maminych rąk.
Każdy z nas ma własne wyobrażenie tych miejsc, zjawisk i rzeczy. Każdy czuje je inaczej i inne rzeczy są bliskie jego sercu.
Oczywiście warto próbować dzielić się tym, przez opisy. Jednak czy osiągniemy zamierzony efekt?



foto by: Pixaby, wallpapers hd free

sobota, 14 maja 2016

"Efekty uboczne"

Maj, piękny maj. Kwitną bzy, które cudownie pachną o poranku. 
W lesie bieli się od konwalii, które hipnotyzują mnie swoim zapachem. 
Majówka goni majówkę. Wpadamy z jednego długiego weekendu w drugi. Mamy dużo wolnego czasu, który można spędzić w gronie najbliższych. Organizujemy wtedy spotkania rodzinne, odwiedzamy znajomych. Zjeżdżamy z różnych stron kraju, by móc spędzić kilka chwil w gronie bliskich nam osób. Często spotykamy tych, których bardzo rzadko widujemy, albo spotykamy ich przelotnie. Takie majówkowe spotkanie, sprawiło, że dostrzegłam to, co do tej pory mi umykało.
Dopiero teraz mając dwadzieścia kilka lat, zaczęłam dostrzegać jak wiele się zmieniło. Zdałam sobie sprawę, że czas nie stoi w miejscu. 
Z bólem uświadomiłam sobie jego upływ, patrząc na znaki, jakie zostawia na twarzach bliskich. Na twarzach, które tak dobrze znam i które towarzyszą mi od najmłodszych lat. Od niedawna zaczęłam dostrzegać zmarszczki i ich lekko przygaszony wzrok. Zobaczyłam przygarbione plecy, pochylone ramiona... 
Nagle uświadomiłam sobie ich prawdziwy, fizyczny wiek. dlaczego wcześniej tego nie widziałam? Czemu mój wzrok nie wyłapał tak ważnych szczegółów?
Czy to efekt uboczny dorastania? Przestajemy być dziećmi, a razem z nami dojrzewają ludzie w naszym otoczeniu. To normalna kolej rzeczy... 
Jako mała dziewczynka nie zdawałam sobie z tego sprawy. 
Wydawali mi się niezniszczalni, twardzi i wciąż tacy sami. 
A może to świat dziecięcej fantazji przysłaniał mi ich prawdziwy wygląd? I musiałam dorosnąć, by dostrzec jak oni się zmieniają.
W odmętach dziecięcych wspomnień widzę cały czas te same twarze, uśmiechnięte, wypoczęte, niezmienne na przestrzeni lat. 
Kiedy oni zdążyli się tak zmienić? Jak to się stało? I dlaczego udało mi się to przeoczyć?

czwartek, 28 kwietnia 2016

Kocham deszcz!

Nienawidzę deszczu. Takiego jak wczoraj. Gdy wsiadałam do autobusu, była piękna pogoda, świeciło słońce. Kiedy wysiadałam 20 km dalej okazało, że pada. Siąpiło jak z konewki. Drobny, ale gęsty deszcz, który w krótkim czasie przemoczył mnie do suchej nitki.

Poruszanie się ulicami miasta, w deszczu to jest moje ulubione zajęcie. Wprost uwielbiam, gdy pada! Wszystko wtedy jest taakie mokre!
Najgorsze jest chodzenie po ulicach z parasolem nad głową. Wtedy zawsze okazuje się jak wąskie są miejskie chodniki. Naprawdę. Gdy świeci słońce, nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Chodniki są tak wąskie, że dwie osoby pod parasolami nie mogą się wyminąć bez obicia parasoli o siebie. Serio, zawsze mi się to zdarza. Wtedy jedna z osób musi opuścić parasol i przez kilka sekund moknąć.
Kryjąc się pod parasolem chronimy się przed deszczem, ale i znacząco ograniczamy sobie pole widzenia. Spod ronda parasola trudno nam dostrzec nadchodząca z przeciwnego kierunku osobę, która też ma parasol, więc nas nie widzi. I bach! Zderzamy się ze sobą, mało co nie wybijając sobie oczu drutami z parasolki. Chowając głowę pod parasolką, trudno też dostrzec: latarnie, kosze na śmieci, koniec wysokiego krawężnika i parkujące na chodniku auta. A to boli, nasze kolana i piszczele, wydają wtedy jęki z bólu.  A nam zdarza się zakląć pod nosem.

W takie dni zawsze okazuje się, że parasol nie mieści się w drzwi do sklepu, ani w drzwi autobusu. Najgorsze jest to, że w takim sklepie czy autobusie nie ma co zrobić z ociekającym wodą parasolem. No, bo gdzie to upchnąć? Do torebki, żeby mieć tam akwarium. Zostawić koło drzwi, w centrum handlowym? Raczej zniknie albo ktoś go zwędzi albo wyrzuci. Zatem nosi się to w ręce i zostawia za sobą mokre plamy. Jak ślimak na liściu.

Deszcz krzyżuje nam szyki. Makijaż się rozpływa, potem wyglądamy - my kobiety - jak zombie. Idealna fryzura w ciągu kilku minut zamienia się w artystyczno - mokry nieład. Najgorzej mają okularnicy - w tym i ja - już po pierwszych kroplach deszczu nic przez okulary nie widać.  A gdy się wejdzie do jakiegokolwiek pomieszczenia okulary parują i znów nic nie widzisz...

I ta cholerna złośliwość pogody! Gdy chodzisz po mieście - leje jak z cebra. Wchodzisz do sklepu -nie pada, co więcej pojawiają się przebłyski słońca. A gdy wychodzisz na zewnątrz - znów zaczyna lać!

Ja, wczoraj zmokłam jak kura. A gdy wróciłam do domu, wyszło piękne słońce. Czyż to nie ironia losu...?    

foto by: 1 mln wallpapers hd free

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

"No, co ludzie powiedzą?!"

Człowiek jako istota stadna, procesie ewolucji wykształcił sobie - moim zdaniem zbyteczną - umiejętność nadmiernego przejmowania się opiniami innych osobników. Zbyt dużą wagę przywiązujemy do tego, co inni o nas sądzą, jak nas postrzegają, itp.
W głowach wciąż rozbrzmiewa nam staropolskie: "CO ludzie powiedzą?!".
Przejmujemy się osądami innych, ich zdaniem na nasz temat, tym, co o nas mówią. Boimy się wychodzić przed szereg, bo możemy zostać obmówieni, zwłaszcza negatywnie.
Kierujemy się utartymi, od lat, schematami, ponieważ każda odmienność może zostać napiętnowana, poddana szykanie. Staramy się zachowywać właściwie, jak przystało na porządnych ułożonych ludzi. Boimy się zaszaleć, zaryzykować. Zamykamy się na nowoczesność, na innowacje: "no, bo po co mi to, co ludzie o tym powiedzą, co o mnie pomyślą..."
Takie zjawisko nasila się zwłaszcza w mniejszych miejscowościach.
Gdzie wszyscy się znają i wszystko o sobie wiedzą, a lokalna poczta pantoflowa działa lepiej niż Gmail...
Dlaczego nie umiemy przestać przejmować się czczym gadaniem innych?  Nie umiemy być głusi na ich jadowite docinki, zbyteczne komentarze?
Podstawą tego jest nasze pochodzenie. Zostaliśmy stworzeni do życia w społeczeństwie, do dobierania się w pary, zakładania rodziny, przynależności do różnych grup. Już od najmłodszych lat poszukujemy bratniej duszy. Kogoś kto będzie nas lubił, wspierał, kochał i szanował. Zabiegamy o względy innych ludzi. Staramy się im przypodobać, byśmy zostali zaakceptowani. Chcemy żyć w dobrych stosunkach z innymi przedstawicielami  homo sapiens. Jednak czy potrzebni nam są ludzie, którym najlepiej wychodzi krytykowanie innych?
Odetnijmy się od tego, przestańmy ich słyszeć, udawajmy, że ich nie widzimy. Albo choć spróbujmy... Dalej róbmy swoje, przecież nie można wszystkich zadowolić. zawsze znajdzie się ktoś sceptycznie nastawiony, komu nic nie będzie pasowało.Nawet w sytuacji wydawałoby się idealnej, zawsze znajdzie dziurę w całym.A może tak przyjrzałby się samemu sobie, w lustrze. Dostrzegł, iż nie ma nieskazitelnej opinii, ma co nieco "za uszami".
Często przez takich ludzi, porzucamy różne zajęcia, zmieniamy plany. Jednak zawsze powinniśmy pamiętać, iż nikt nie zna naszej sytuacji jak my sami, nikt "nie chodzi w naszych butach".
Tak do końca nie zrozumie naszego życia i tego, co sprawiło, że jesteśmy właśnie tacy, a nie inni.  Nie pojmie jakie przeżycia i wydarzenia nas ukształtowały.
Ja staram się ich ignorować. Gdybyśmy martwili się wszystkim, co o nas mówią, musielibyśmy chyba zamknąć się w czterech ścianach i nie wychodzić z domu. Niech sobie pogadają, jeśli sprawia im to przyjemność. Powinni jednak wiedzieć jedno: o nich też ktoś mówi, niekoniecznie w samych superlatywach...

foto by: 1 mln wallpapers hd free

niedziela, 17 kwietnia 2016

"Pustka w głowie mojej..."

Kiedyś na blogu pisałam o tym jak wena atakuje mnie bez ostrzeżenia. Gdy jestem w domu, w autobusie, na spacerze. I wtedy nie mogę powstrzymać strumienia słów, wlewającego się do mojej głowy.
Muszę je zapisać, bo nie dadzą mi spokoju. Wiercą mi dziurę w głowie, nie pozwalają normalnie funkcjonować.

Jednak czasami zdarza się taki czas, gdy pomysłów muszę szukać, starać się o wenę.
Dosłownie, ze podążam ze świecą w jej poszukiwaniu. Czasami trawa to godziny. Niekiedy dni. Chyba, ta dziura w głowie z żartów, istnieje naprawdę. 
Szukam wtedy inspiracji, natchnienia. Niestety ciężko mi na nie trafić. Jakoś nie możemy się spotkać, dogadać... Trudno mi znaleźć sensowny temat na tekst. Cokolwiek, o czym mogłabym napisać. Wydaje mi się, iż pisałam już o wszystkim. I gdy pojawia się pomysł, iskierka nadziei na przełom, mam wrażenie, że to już było. W amoku przerzucam stosy zapisanych kartek, karteczek, kawałków zapisanego papieru.
Przeszukuję notesy, zeszyty. Bywa tak, że znajduję tekst, ale bywa też, że nie. Wtedy siadam nad notesem z ołówkiem w ręku. Skupiam się na danym zagadnieniu. Przyciskam ołówek do kartki, ale on nie chce pisać. Nie mogą zgrać się razem i tańczyć. Pustka. Totalna, czarna dziura. Zero pomysłu, bezdenna otchłań nicości. 
Nie ma na ten stan sprawdzonego lekarstwa. Brak antidotum. 

Bywa też tak, że nie mogę dokończyć zaczętego tekstu. Pisana przeze mnie historia nie chce się kleić. Utykam w martwym punkcie. Toczę się niczym walec drogowy. Toczę walkę z pojawiającymi się na kartce wyrazami, wykreślam je, a potem zapisuję jeszcze raz. Wszystko jest nie tak. Żadne ze zdań nie brzmi idealnie, brak mi słów. Nie mogę w pełni oddać tego, co chcę napisać. Martwię się, iż czytelnik, nie zrozumie przekazu. Że zagmatwam, nawet najprostszą rzecz, źle dobierając słowa.

piątek, 1 kwietnia 2016

„Jazda szaleńca”, czyli podróż komunikacją publiczną

Jazda środkami komunikacji miejskiej niekiedy bywa udręką, czasami jednak dostarcza rozrywki smutnym szarym życiu.. Czasami człowieka krew zalewa, a niekiedy płacze ze śmiechu. Ostatnio zaczęłam baczniej obserwować współpasażerów z autobusu czy pociągu. Zwykle zakładam słuchawki, odcinając się od otaczających mnie ludzi. Raz postanowiła zrobić wyjątek i darować sobie słuchanie ulubionej muzyki. To był w czasie jazdy busem. To, czego doświadczyłam, to jakiś koszmar albo sen szaleńca. 
  Najpierw gdy wsiadasz do autobusu i kupujesz bilet, stajesz się najważniejszym obiektem, na który kieruje się wzrok innych podróżnych. Kobiety obgadują twój strój, a faceci twoje atuty, zwykle dość głośnym szeptem. Oczywiście jeśli jesteś płci żeńskiej. W przypadku mężczyzn jest odwrotnie :). Zajmujesz miejsce i wszystko powoli się normuje. Chcesz spokoju i doskonale wiesz, że nie będzie ci on dany. Na samym końcu autobusu zawsze lokuje się młodzież. Jest spokojnie, ale niekiedy ci młodzi ludzie w dresach muszą słuchać muzyki z telefonu przez głośnik. Tak by w całym autobusie ludzie wiedzieli jakie są ich preferencje muzyczne. Siedzisz i słuchasz jak jakiś raper wrzeszczy rzucając mięsem bez żadnych oporów. I tak przez całą drogę. Ja zawsze w takiej chwili mam ochotę krzyknąć: „Litości, człowieku! Kup sobie słuchawki!”. Ale siedzę i cierpię katusze. A z przodu autobusu starsze panie dyskutują na temat swoich ostatnich dolegliwości, dzieląc się najdrobniejszymi, barwnymi szczegółami. I tak głowa ci pęka od wrzasków rapera i zbiera ci się na wymioty od medycznych zwierzeń pań. Nagle do autobusu siada kobieta z dzieckiem i z wózkiem spacerowym. Na twarzach starszych pań maluje się wyraz dezaprobaty. Zdają się myśleć: „Gdzie ona się tu pcha z tym wózkiem!Bezczelna!” Matka z dzieckiem siada i następuje względny spokój. No przecież nie zostawi wózka na przystanku, bo zajmuje trochę miejsca. O wielkie mi rzeczy! Panie przy wysiadaniu chrząkają z niezadowoleniem, gdy muszą przeciskać się obok wózka. Ale ich wózeczki na zakupy zajmują dużo więcej miejsca niż złożony wózek spacerowy. I do tego zawsze mają miejsce VIP na środku przejścia.
Jedna ze starszych pań, która właśnie wsiadła podchodzi do mnie i pyta:
„Młoda damo, czy mogłabyś ustąpić mi miejsca?” Jako dobrze wychowana osoba, wstaję: „Proszę.” mówię grzecznie.
I wtedy następuje coś, czego nigdy bym nie przewidziała. Starsza pani na miejsce, na którym przed chwilą siedziałam stawia obie swoje, wielkie torby z zakupami i dalej stoi. „Co jest? - myślę – to ja ustąpiłam miejsca torbom...?! Mam ochotę powiedzieć delikwentce, co o tym myślę, ale jestem na to zbyt dobrze wychowana. Milczę. Stoję w ścisku ludzkich ciał i milczę. Wtem czuję jak ktoś z końca autobusu przeciska się do przodu w stronę drzwi. To jakiś małolat. „Po co chłopcze siadałeś na samym końcu, skoro wysiadasz na pierwszym przystanku? -myślę ze złością - Teraz przepychasz się do drzwi, denerwujesz tylko innych. Z przodu autobusu też są siedzenia!” 
W połowie drogi ubywa pasażerów, a przybywa miejsc. Nareszcie mogę sobie usiąść. Im bliżej do mojego przystanku, tym, zdaje mi się, autobus porusza się wolniej. Do tego jeszcze zatrzymuje się między przystankami, bo ludzie mają tak cholernie daleko, jeśli muszą przejść kilkadziesiąt metrów. I jeszcze trafiłam na życzliwego kierowcę, który się zatrzymuje wszędzie, gdzie tylko można. Starszym osobom się nie dziwie, ale małolaty, mogłyby się przejść dla zdrowia i dotlenienia mózgów. Wreszcie docieram do domu, grubo po czasie. Autobus się na pewno spóźni na następny kurs.

Ot i takie są uroki podróżowania komunikacją zbiorową. Jeśli ktoś podróżuje autobusami wie, o czym mówię i zna ten ból. A wszystkim posiadaczom własnych aut, możemy tylko pozazdrościć.

foto by: 1mln wallpapers hd free/pixabay.com

czwartek, 31 marca 2016

Wiosna, nareszcie wiosna!


Wiosna nieśmiało zaczyna rozwijać swoje skrzydła. Robi się coraz cieplej i coraz zieleniej. Kwiaty w moim ogródku powoli zazieleniają rabatki. I tylko ten deszcz, który ludzi denerwuje, a roślinom jest niezwykle potrzebny.
Jako mieszkanka wioski jestem na bieżąco z wiosennymi zmianami w przyrodzie. W mieście nie jest już to taki oczywiste. Dziś miałam okazję się o tym przekonać. Miasto to królestwo betonu i kamienia. Miejsce gdzie we wszechobecny chaosie trudno śledzić postępującą przemianę krajobrazu. Poprzez huk fabryk i hałasujące non stop auta, nie można wsłuchać się w śpiew powracających do nas z ciepłych krajów ptaków.
Jednak przyroda nie daje za wygraną. Stara się za wszelką cenę pokazać ludziom swoją krasę. W każdym niewybetonowanym miejscu zaczyna wyrastać trawa i malutkie nieśmiałe pędy roślin. Również ludzie stęsknieni za wiosną ozdabiają swe balkony i przydomowe ogródki doniczkami pełnymi pierwszych wiosennych kwiatów. Sprzedawcy rozpoczynają swe żniwa. Na topie są bratki, stokrotki i prymulki. Dosadzamy gdzie się da i co się da. Byle dużo i byle kolorowo. Za dużo już tej zimy. Mamy już dość achromatycznych barw dookoła nas. Z niecierpliwością wyglądamy pełni wiosny. Gdy wszystko się zazieleni, rozkwitnie. Gdy wreszcie zacznie pachnieć wiosną, gdy wszystko obudzi się do życia, a wtedy i my ludzie staniemy się bardziej mili i będziemy pozytywniej patrzeć na otaczający nas świat. I na innych ludzi...


foto by: pixabay.com/ 1mln wallpapers hd free

sobota, 26 marca 2016

Wesołych Świąt!





Pisanki skradły słońcu kilka złotych promieni,
teraz ich jasny blask niech Wasz dom rozpromieni.
Niech nadchodzące Święta Wielkanocne
przyniosą pogodę ducha,
wiele szczęścia i radości...
Życzę Wam, Kochani,
aby te Święta wniosły do Waszych serc
wiosenną radość i świeżość,
pogodę ducha, spokój, ciepło i nadzieję.

ANNKA :)


foto by: pixabay.com

niedziela, 20 marca 2016

Świąteczny "bezklimat" i nadchodząca wiosna

Dziś ostatnia niedziela marca, która nieubłaganie zbliża się do końca. Jutro Pierwszy Dzień Wiosny. Za tydzień Wielkanoc. Jakoś nie czuję ani klimatu świąt, ani wiosny. Zimno, wieje i pada. Ot, takie bardziej przedwiośnie, tylko brakuje topniejącego śniegu...
I do tego Święta Wielkanocne. Nie wiem dlaczego tak jest, że jakoś słabo czujemy świąteczną atmosferę. Każdy, kogo o to zapytam odpowiada tak samo, że jakoś tak nie czuje tej Wielkanocy. Nie odczuwany tego radosnego okresu oczekiwania na rodzinne spotkania, na świąteczne obżarstwo, malowanie pisanek, jakoś nas to nie cieszy. Dlaczego?
Przypominam sobie jak w dzieciństwie wszyscy dookoła nie mogli się doczekać pieczenia wielkanocnych babek, mazurków. Wyglądali Wielkiej Soboty, kiedy to wszyscy z koszykami podążali do kościoła. Ile było przy tym radości, śmiechu, gdy tak się szło razem. Pamiętam jak w Poniedziałek Wielkanocny przemykało się, kryjąc się przed potencjalny atakiem z sikawki, jak uciekało się niby nie chcąc być oblanym, a tak naprawdę się tego oczekiwało. Ile wody się wtedy przelewało. Każdy bez wyjątku musiał być oblany...

A dziś? Cóż. Wielkanoc kojarzy mi się z okropnym zimnem. Z wiatrem, śniegiem i deszczem. Z temperaturą bliską zeru, tak że nawet nosa z domu nie da się wyściubić. Komu w głowie Śmigus -Dyngus, czy spacer. Lepiej w domu posiedzieć. A na rezurekcję ubrać grubą kurtkę i ciepłe buty.
Podobno klimat się ociepla. Gdzie? W Afryce?
Przecież jeszcze kilkanaście lat wstecz, zdarzało się, iż w marcu było ciepło. Polewaliśmy się wodą bez obawy o przeziębienie. Przebierał się człowiek kilka razy dziennie. A teraz to nawet z domu strach wyjść, żeby nie złapać choróbska.
Pogoda bardzo źle wpływa na nasze samopoczucie i na świąteczny „bezklimat”. Nie zachęca do robienia czegokolwiek. A święta mają być radosne. Mamy się cieszyć, a nie popadać w apatię.

Podobno wiosna już jest. Podobno, taka bardziej widoczna niż odczuwalna. Kwitną pierwsze, wiosenne kwiaty, przyleciało już część ptaków, które zimują poza naszym krajem. Dla mnie jak nie ma bocianów, to nie ma wiosny. Jedna jaskółka wiosny nie czyni...

Tylko cieplej mogłoby się zrobić, by te ptaszęta nie pozamarzały. A i nam ludziom przydałoby się słońce, ciepło... Może wtedy bylibyśmy pozytywniej nastawieni do innych, tak bez okazji, a nie jedynie w czasie świątecznym.

czwartek, 17 marca 2016

Zoo w kinie!

Całkiem niedawno, bo tydzień temu, wybrałam się z przyjaciółką do kina. Obejrzałyśmy polski film, który, o dziwo, bardzo mi się podobał - „ 7 rzeczy, których nie wiecie o facetach” Może ktoś z Was był? Podzielcie się opiniami. Dawno tak dobrze się nie bawiłam, oglądając polską komedię. Całe szczęście prezentowane w niej żarty, trafiły w mój gust, a nawet w gust pozostałych osób z widowni. To też jest kolejny plus, że trafiło nam się dobre towarzystwo. Wiecie jak to jest, gdy idziesz na film komediowy i z żartów śmiejesz się tylko ty i cztery inne osoby z widowni.
Jednak zgrzytów nie brakowało. Zawsze irytuje mnie durne zachowanie innych ludzi i obsługi kina. Po latach spędzonych w kinie, po dużej ilości obejrzanych filmów, sporządziłam własny ranking rzeczy, które w czasie seansu doprowadzają mnie do białej gorączki.
Ranking jest następujący:
Miejsce pierwsze, top topów – Siorbanie resztek coli z kubka, gdy na dnie są już tylko kropelki! Jejku! Jak można, tak przeszkadzać innym! Nie można zdjąć wieczka, wyjąć słomkę i wypić to, co tak pozostało?! Chyba, że resztki coli to jest najpyszniejszy napój świata! Ambrozja!
Miejsce drugie – Dzwoniąca komórka. Wiecie, tak non stop. A ten komu dzwoni to albo udaje głupiego albo stara się to zignorować myśląc, iż „zaraz samo przestanie”. Nie można włączyć dyskretnej wibracji na tę godzinkę czy dwie?! Przez to świat się nie zawali.
Trójeczka, moja ulubiona – Odbieranie połączeń w kinie! Kocham jak ktoś odbiera i mówi: „Nie mogę gadać, w kinie jestem!” Szepcze tak, iż słychać to w najdalszym zakamarku sali. A potem na cały głos: „No, co ty?! Niemożliwe, no co ty mówisz?!”. Udusić takiego to jest mało. Ja wyrzucałabym takich z sali.
Numer cztery – Wchodzenie do kina z zakupami! Tak to niestety jest, że kina zlokalizowane są w centrach handlowych. Niestety... Wchodzą ludzie obładowani jak wielbłądy, z siatkami pełnymi wszystkiego co tam akurat było w promocji. Szeleszczą, szurają, miętolą te siatki. Jak na promocji w Biedronce! Kurde nie można robić zakupów po seansie, a nie przed?! Takie osoby zawsze się spóźniają i wchodzą zwykle na początku filmu i innym trudno jest się skupić na fabule, no nie łatwo zignorować takie odgłosy!
Pięć – Spóźnialscy, kocham ich. Oni zawsze mają miejsca pośrodku rzędów. Muszą się przeciskać, inni wstają by ich przepuścić. Zasłaniają pozostałym. No, zegarek to jest podstawa!
Numer sześć – Kopnie w fotel przed sobą! Nienawidzę tego! Nie cierpię! Dlatego staram się rezerwować bilety, by siedzieć w ostatnim rzędzie, nie ważne gdzie, byle w ostatnim. Tak profilaktycznie, by przez cały seans nie czuć kopnięć wymierzanych mojemu fotelowi. Nie wiem dlaczego, ale zawsze gdy mam miejsce w niższych rzędach to siada za mną koń, czystej krwi arab i cały seans kopie mi w siedzenie! Na padok niech sobie idzie nie do kina!
Siedem – Zajmowanie cudzych, lepszych miejsc w nadziei, że nikt tych miejsc nie wykupił. Albo, że nie przyjdzie i będzie się lepiej siedzieć. A gdy okazuje się, iż jednak ktoś ma bilet na to miejsce to się przesiadają! Zasłaniają, przepraszają się, czasem już w trakcie filmu!
Numer osiem – Komentowanie akcji filmu i dopowiadanie kwestii. No, jest już chamstwo! Swoje spostrzeżenia i opinie należy zachować dla siebie lub podzielić się nimi ze znajomymi po filmie, a nie w trakcie. Należy pamiętać, że nie jesteśmy u siebie w domu na kanapie, tylko w sali pełnej ludzi. Tak mnie denerwują teksty typu: „ Nie, nie idź tam! Tam cię zabiją”, „ No dalej, pocałuj ją” albo: „Co za debil, co ty robisz?!” Tylko złapać za fraki i wywalić na zbity... na to co tam ma...
Wiem, sama nie jestem święta i idealna, ale zawsze w kinie czy w teatrze staram się zachowywać tak, by innym nie przeszkadzać. Jeśli ktoś nie umie się zachować w kinie, albo nie umie nad sobą zapanować, to nie wiem, powinien pomyśleć o tym jakie zachowanie go irytuje i nie robić nic co przeszkadzałoby innym widzom. Bo każdy płaci za bilet i chce spokojnie obejrzeć film. Gdyby, chciał pójść do zoo, to by poszedł do zoo, a nie do kina :)



foto by: 1mln wallpapers free hd

wtorek, 1 marca 2016

Los? A może fatum?





Mam nieodparte wrażenie,że od czasu do czasu ślepy los stara się poigrać ze mną, grając mi na nosie. A może to ja źle dobieram czas, miejsce i czynność. Zastanawiam się czy to przeznaczenie stawia mnie w danym położeniu, czy może zwykła złośliwość losu czy zbieg okoliczności.
Bo jak inaczej wytłumaczyć to, co przydarza mi się wpędzając mnie w złość, zakłopotanie, by potem wywołać uśmiech na mojej twarzy? To nie może być przypadek. Na pewno innym też się to przydarza. Wiem, strasznie kręcę, motam się, ale trudno mi to przetłumaczyć na chłopski rozum. 
Któregoś dnia postanawiam zadbać o siebie ( a co raz na rok to każdemu wolno, a nawet trzeba), nakładam maseczkę na twarz, zaszaleję nie ma co! Żeby było jeszcze śmieszniej to ma ona dziwny kolor, taki ni szary ni zielony. Gdy maseczka pokrywa już całą moją twarz, pozostaje mi tylko czekać. Na opakowaniu napisali, że 15 minut, aż zmieni kolor. Rozciągam się na łóżku i czekam. Nagle ktoś puka do drzwi. Spoglądam przez okno. To chyba sąsiad. Lekko panikuję, nie zdążę zmyć, poza tym szkoda mi, bo tania nie była... Otwieram drzwi z maseczką na twarzy. Sąsiad lekko krzywi się na mój widok, ale czemu się dziwić, w końcu to facet. Przyszedł zapytać czy jest światło, bo u niego nie ma, a jak nie ma też u nas to znaczy, że to elektrownia wyłączyła. Informuję go, że jest i odchodzi równie szybko jak się pojawił. A może to przez tę maseczkę?
Innym razem robię sobie kawę. Siadam przy stole, chcę posłodzić. Sięgam po cukierniczkę, rękawem potrącam filiżankę. Jej zawartość rozlewa się po stole i po mojej sukience. Ścieram kawę i idę się przebrać. Gdy stoję przed szafą w samej bieliźnie, słyszę pukanie do drzwi. Postanawiam je zignorować, przecież nie otworzę w samej bieliźnie! W ostatniej chwili uświadamiam sobie, iż to kurier z przesyłką, przecież dzwonił, że niedługo będzie. Chwytam pierwszą lepszą rzecz i zakładam na siebie szybko. Biegnę otworzyć. Odbieram paczkę, kurier patrzy na mnie z drwiącym uśmieszkiem. W pierwszej chwili nie wiem o co chodzi. Dopiero, gdy odjeżdża orientuję się, iż mam na sobie beżową sukienkę, która od pasa do dołu jest bogato zdobiona kawowym wzorek. Tak się spieszyłam, że włożyłam z powrotem tę oblaną sukienkę. Pięknie.
Kiedyś znów wybiera się na spacer. Jest piękny letni dzień. Na niebie ani jednej chmurki. Gdy jestem w znacznej odległości od domu, bez kurtki, parasola, niebo zasnuwają ciemne chmury, zaczyna lać jak z cebra, a w pobliżu nie ma żadnego miejsca, gdzie mogłabym się schronić. Po prostu pięknie.
Takie przypadki mogłabym mnożyć w nieskończoność. Telefon zawsze rozładowuje się wtedy, gdy jest najbardziej potrzebny. Budzik nie dzwoni, zawsze gdy trzeba wcześnie wstać, by gdzieś zdążyć. Autobus, jak na złość, przyjeżdża punktualnie, tylko wtedy, gdy się spóźniasz o te dwie minuty...

Czy to można tutaj mówić o przypadku? A może zwykłe fatum ma niewielki wkład w nasze codzienne życie? Albo zaczyna się już za mnie brać demencja albo skleroza? Nie, coś w tym jest. Coś mistycznego, o czym nawet metafizycy i filozofowie nie śnili. Ktoś, tam na górze, nieźle musiał się nakombinować, żebyśmy mieli tutaj tak wesoło...

środa, 24 lutego 2016

Jak nie traktować książek

Witajcie!
Dziś kilka słów w temacie czytelnictwa i książek. A w zasadzie czytelniczych "grzeszków" Polaków. Zapraszam do czytania i komentowania.

Książka – dla jednych kawałek niepotrzebnego papieru, przeżytek odchodzący już do lamusa – dla innych ( w tym dla mnie) jeden z największych „wynalazków” ludzkości. Chwała Gutenbergowi! Gdyby nie wynalazek druku, to dziś nie mielibyśmy tylu wspaniałych książek. Z czasem, wraz z rozwojem cywilizacji, zaczęły też powstawać biblioteki. I one są kolejnym z genialnym osiągnięciem cywilizacyjnym. Sama jestem aktywnym czytelnikiem i korzystam z zasobów wielu okolicznych bibliotek. Dzięki nim mogę nasycić swój czytelniczy nałóg. Książki są dla mnie jak skarby. Gdy czytam przenoszę się w czasie lub podróżuje po różnych, magicznych krainach. W ogóle znam tylko same zalety czytania książek, których ze względu na ogrom nie przytoczę w tym miejscu. Czasami jednak gdy pożyczę książkę z biblioteki, mam ochotę usiąść i płakać nad jej dramatycznym losem. Myślisz, że to lekka przesada, bynajmniej.
Nie nienawidzę, gdy wypożyczę książkę z biblioteki i ktoś przede mną się nad nią znęcał:
  • zamiast użyć zakładki, zaginał rogi jej kartek,
  • jadł nad książką, pozostawił okruszki między kartkami,
  • pił nad książką, bogato plamiąc ją kawą,
  • bazgrał po brzegach kartek i robił rysunki na marginesach stron,
  • kładł książkę grzbietem do góry, co niekiedy powoduje wypadanie kartek,
  • zwijał książkę w rulon,
  • przekręcając kartki, rozerwał dół strony, bo nie trzymał jej za róg,
  • składał książkę na pół, wywijając okładami do siebie, grzbietem do wewnątrz,
  • zaznaczał ołówkiem lub długopisem, gdzie skończył czytać (istne barbarzyństwo!).
Rozumiem, iż niektórzy mają mają problem z szanowaniem rzeczy. Książka jednak jest godna właściwego traktowania. Zwłaszcza ta wypożyczona z biblioteki. Osoba korzystająca z zasobów bibliotek publicznych, powinna mieć na uwadze fakt, iż nie jest jedyną osobą, która na dostęp do księgozbioru. Co więcej powinna szanować książki, tak aby inni mogli z nich korzystać w równej mierze, dbać o nie, by mogły jeszcze dług posłużyć innym czytelnikom. Są przecież jakieś zasady, których należy przestrzegać.
Często biorąc do ręki książkę z biblioteki, muszę się powstrzymywać przed chęcią uduszenia poprzednich osób, które przede mną miały ją w rękach. Czy tak trudno powstrzymać się od jedzenia i picia, gdy czyta się książkę? Są to tak palące potrzeb, iż nie można najpierw odłożyć książki, a potem jeść, czy pić? Moim zdaniem jeśli jest się głodnym lub ma się ochotę na filiżankę kawy to należy napić się, zjeść przed lekturą książki. Nigdy w trakcie! Co to taki delikwent umrze z pragnienia lub głodu, w kilka sekund, które zajmie mu odłożenie książki?! Nie da się znaleźć usprawiedliwienia dla takiego czynu. Trzeba się zastanowić, co jest w danej chwili ważniejsze czytanie czy zaspokajanie potrzeb fizjologicznych.

Ja, nigdy nie czytam i jednocześnie nie piję i nie jem. Po prostu umiem odpowiednio rozgraniczyć te czynności, by nie narażać książek, ani samej siebie na jakiekolwiek nieprzyjemności. Czego życzę wszystkim innym pasjonatom czytelnictwa.



niedziela, 21 lutego 2016

Ostatnia część opowiadania - finał historii.

Ostatnia już część "Idiotki". Przeczytajcie i podzielcie się opiniami :)

                                                            

Później przesłuchiwano świadków. Pierwszy mówił mój mąż Nawet nie spojrzał mi w oczy. Zupełnie jakby bał się, że może zdradzić, że mija się z prawdą. Tak bardzo chciałam, żeby popatrzył mi w oczy, ten ostatni raz. Gdybym w nich dostrzegła choć cień nadziei, miałabym siłę, by walczyć, bronić się. Ale on gapił się na własne ręce. Jak uczeń wywołany do tablicy przez nauczyciela.
Ostatnim świadkiem było moja teściowa. Odegrała piękny spektakl. Monodram godny największej aktorki. Mówiła bardzo długo, wielokrotnie zbaczała z tematu. Ubolewała nad losem swego pierworodnego, jaki to on jest biedny i że to wstyd, że splamiłam krwią niewiniątka ich nazwisko, szanowane nazwisko, na którego reputację pracowała latami.
Chciałam ją udusić! W myślach już zaciskałam ręce na jej starej, pomarszczonej szyi. To ona powinna być na miejscu tamtej idiotki. Obie zasłużyły na karę, ale mamusia sama się o nią prosiła. Jak ja wytrzymałam te osiem lat?! Osiem lat wiecznych i niekończących się narzekań mamusi, bo przecież ja wszystko robiłam źle.
Na szczęście teraz odpocznę i jest szansa, że gdy wyjdę nigdy więcej jej nie spotkam. Wiedziałam, że odetchnę, odpocznę od świata i to dawało mi spokój. Z drugiej jednak strony krwawiło mi serce. Mężczyzna, którego kochałam jak nikogo, już postawił na mnie krzyżyk. Co więcej byłam niemal stuprocentowo pewna, iż już zabawia się z którąś z młodych aplikantek albo sekretarką z kancelarii. Serce bolało mnie coraz bardziej. Chciałam, żeby to wszystko już się skończyło, żebym nie musiała na nich patrzeć. Mamusia i synek! Oboje siebie warci. W głowie ciągle kołatało mi się tysiąc myśli. Czemu to wszystko tak się potoczyło? I tylko ja wiedziałam, że wina leży pośrodku. Wewnątrz tego chorego układu, niebezpiecznego tandemu matki i syna, do którego niefortunnie zapukałam, zostałam zaproszona przez miłość, a teraz wyrzuca mnie z niego obojętność męża i niegasnąca nienawiść jego matki. Jednak, czy kiedykolwiek byłam jego elementem, miałam w nim swoje miejsce? Jeśli tak było, to zostałam go pozbawiona wiele lat temu, zanim jeszcze na dobre się tam zadomowiłam.

W mowie końcowej mecenasina, który próbował mnie bronić, plątał się, jęczał i marudził, tak, że po kilku pierwszych słowach przestałam go słuchać. Gdy zagrzmiał groźny głos prokuratora, żądającego dożywocia, znów spojrzałam na męża. To nie miało się tak skończyć. Nie tak miało wyglądać nasze wspólne życie. I po co było to wszystko? Ślub, wesele, biała suknia, wspólne mieszkanie? Skoro i tak wrócił do wyjściowej pozycji u boku swej toksycznej matki, której powinien podpisać cyrograf wyłączności.
Mamusia siedziała obok niego i gestem kochającej matki, trzymała jego dłonie w swoich. Scena niczym z taniego melodramatu. Już jest po jej stronie, znów. Jej macki zdążyły na nowo opleść do od stóp do głowy. A on – biedny sierota – bezgranicznie ufa tylko mamusi. Tylko ona wie, co jest dla niego najlepsze. Po przemowie prokuratora sędzia ogłosił przerwę. Nie wyszłam z sali, wolałam spokój i panującą w niej ciszę. Nadal siedziałam na swoim miejscu i popadłam w zamyślenie.
W czasie, gdy sąd udał się na naradę, w myślach śledziłam przebieg wydarzeń z pamiętnego dnia, mojego ostatniego spotkania z idiotką, żywą idiotka.
Tamtego dnia zadzwoniłam do idiotki i umówiłam się na spotkanie:
- Możemy się spotkać, masz dziś czas? - zapytałam
- Ymmm, wiesz nie bardzo jestem dziś dość zajęta...
Jasne, kosmetyczna, fryzjer, tipsy... to bardzo ważne i absorbujące zajęcia – przebiega mi przez myśl.
- Kochana, tak dawno się nie widziałyśmy, zależy mi na tym spotkaniu. Stęskniłam się za Tobą. - próbowałam ją „urobić”
- Och, no nie wiem, może znajdę odrobinę czasu.
- Proszę cię, chociaż godzinkę...
- Ojj, no dobrze. - zgodziła się z lekką niechęcią, czyżby nękały ją wyrzuty sumienia...
Dwie godziny później czekam na nią w parku. Na ławce, gdzie dawniej lubiłyśmy razem przesiadywać. Jest dosyć chłodno, synoptycy zwiastują opady śniegu. Mam nadzieję, że troszkę sypnie. To znacznie ułatwiłoby mi robotę, a innym pokrzyżowało szyki. Śnieg i deszcz to moi jedyni sprzymierzeńcy, bezinteresowni pomocnicy.
Jest, nareszcie idzie. Wystrojona jak na bal sylwestrowy. Kozaczki na szpilce, futerko i oczywiście markowa torebka.
Powodzi jej się. A może to prezenty od mojego mężusia?- myślę z odrazą, przywołując na twarz nieszczery uśmiech, mający imitować radość na jej widok. Podchodzi do mnie, przytula i przyciska swój policzek do mojego.
- Tak się cieszę, że cię widzę... - udaje, że nic się nie stało.
- Och, ja też się cieszę – i ja udaję idiotkę, nie mogę zdradzić,że cokolwiek wiem.
- Przejdziemy się – pyta, a ja mam wrażenie, że czyta w moich myślach.
- Chętnie, taki dziś ziąb...
- Co słychać jak układa ci się z mecenasem? - pyta niewinnie.
Bezczelna jak może o to pytać?! Odkąd z tobą sypia, świetnie! -wybucham w myślach.
- Dobrze, nie narzekam. - mówię i mam wrażenie, że przez jej twarz przebiega grymas współczucia, albo żalu.
- A co u ciebie? Masz kogoś na oku?
- Mam. - odpowiada nieśmiało.
- Powiedz, coś więcej! - udaję szczere zainteresowanie.
- Jest przystojny, delikatny, cały czas mnie adoruje...
Zdzira! Jak może tak mówić! Mam ochotę złapać ja za te tlenione kłaki i wyrwać je wszystkie.
Dochodzimy do stawu, to tutaj – według mojego planu – się pożegnamy. Raz na zawsze. Idziemy pod stary dąb. Pod jego korzeniami ktoś wykopał ogromną jamę. Pewnie był to jeden z poszukiwaczy skarbów, ostatnio wszędzie ich pełno. Opieram się o drzewo plecami, przechylam w bok. Spoglądam na jamę w korzeniach. Idealne miejsce na.... ale powoli. Wspieram się o drzewo. Idiotka stoi przede mną i rozwodzi się na temat swego cudownego mężczyzny:
- Wiesz, planujemy zaręczyny, a latem weźmiemy ślub...
- Znam go? - pytam, a ona blednie – pochodzi stąd?
- Nie, nie znasz go, jest z innego miasta. Poznaliśmy się na delegacji.
Nie wytrzymam, dłużej nie mogę tego słuchać!
- Przestań, kłamać!
- O co ci chodzi?
- Jeszcze masz czelność udawać, że nic się nie stało?
- Nie rozumiem!
- Nie udawaj! Wiem, kim jest ten twój kochaś! Jak mogłaś mi to zrobić?
- Co ty mówisz? Uspokój się...
- To ja zwierzałam ci się ze swoich problemów małżeńskich! A ty to wykorzystałaś, by uwieść mojego męża!
- To nie tak, posłuchaj!
- Nie mam ochoty słuchać twoich wyjaśnień, kolejnych bajeczek!
- My się kochamy! I będziemy razem czy ci się to podoba czy nie! -krzyczy. Emanuje dumą i pewnością siebie, chce postawić na swoim.
Nigdy! Nigdy jej na to nie pozwolę, już byłam wystarczająco naiwna...
Stoi przez chwile i patrzy mi w oczy to trwa sekundy, a potem odwraca się ode mnie i odchodzi.
- Po moim trupie! - wrzeszczę i chwytam leżącą na ziemi grubą, dębową gałąź. Podbiegam do niej, biorę zamach i... stoję wpatrując się w jej martwe ciało. Nie mogę się ruszyć. Patrzę na jej blond włosy rozsypane na brązowych liściach dębu, okrywających ziemię. Na zastygły na jej twarzy grymas uśmiechu zwycięscy, człowieka, który dopiął swego. Nie wiem ile mija czasu zanim budzę się z tego odrętwienia. Rozglądam się wkoło. Pusto. Całe szczęście, nie ma żadnych ludzi, nikogo... Jedynie otaczające mnie drzewa będą niemymi świadkami mojej zbrodni. Nie planowałam takiego obrotu spraw, wszystko potoczyło się niewiarygodnie szybko. Sama jestem w szoku.
Szybko wrzucam ciało do jamy w korzeniach drzew. Wszystko przysypuję grubą warstwą ziemi i szczelnie okrywam pierzyną z liści. Już, gotowe. W ręce trzymam jeszcze jej komórkę. Ponownie rozglądam się wkoło. Biorę narzędzie zbrodni - gałąź Podchodzę do stawu, zwinnym ruchem wrzucam ją do wody. Z komórki idiotki wyjmuję baterię i po kolei umieszczam je w czeluściach stawu. Spoczną na dnie, zachowując moją tajemnicę w odmętach wodorostów.
Okrężną drogą wracam na skraj parku, a potem na przystanek autobusowy. Gęste, ciężkie chmury zasnuwają niebo. Zaczyna prószyć gęsty śnieg. Bardzo dobrze, zatrze moje ślady.
Wsiadam do autobusu i jadę do centrum. Długo klucze uliczkami starego miasta. A potem pieszo wracam do domu. Zatrzymuję się na środku chodnika, podnoszę twarz ku niebu. Zimne płatki śniegu spadają na moje policzki, dając przyjemne uczucie chłodu. Mijający mnie ludzie, przeklinają pod nosem potrącając mnie w biegu. Niech myślą sobie co chcą. A ja delektuję się chwilą, z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku.

Przerwa skończyła się zaskakująco szybko, zbyt szybko. Wyrok był dla wszystkich zaskoczeniem, jedynie ja odetchnęłam, ciesząc się, że to już koniec. Dostałam piętnaście lat więzienia. Mój obrońca cały czas starał się podciągnąć mój czyn pod działanie w afekcie. Udało mu się i to był jego jedyny sukces, w czasie tej rozprawy. Poczułam jak emocje odpływają, że wreszcie mogę odetchnąć pełną piersią. Wiedziałam, że więzienie nie jest najmilszym miejscem na ziemi, ale nie zamieniłabym go na towarzystwo mamusi i mojego męża. Póki co jeszcze męża, choć zapewne jutro pobiegnie z mamusią do adwokata, by rozwiązać tę kwestię i ostatecznie, raz na zawsze pozbyć się mnie ze swojego życia i poświęcić jego resztę mamusi.


KONIEC :)