czwartek, 29 grudnia 2016

"Gdy zapuka przeszłość"*

Witajcie!
Wszystkim, którzy bombardowali mnie ze wszech stron ogłaszam, że wreszcie się doczekali. Wiem wiem, to niemal pół roku od zapowiedzi. Jak ten czas leci...
Ale, nie o tym miałam...
Poniżej znajdziecie fragment mojego nowego opowiadania. "Gdy zapuka przeszłość" to historia w klimacie zbliżona do "Idiotki", którą mieliście okazję przeczytać. Zapraszam do lektury i dzielenia się opiniami. Ze wszystkie ewentualne niedociągnięcia z góry Was przepraszam.


Jestem Lidka. Od zawsze wydawało mi się, że mam szczęście. Los był dla mnie łaskawy...
Dziś patrzę na to zupełnie inaczej. Posłuchajcie mojej historii. Opowiem wam, jak w bardzo krótkim czasie cały mój świat, moje, poukładane życie rozpadło się na małe kawałeczki, które potem wcale nie chciały do siebie pasować.

Zacznę od początku: Mam na imię Lidka. Mam dwadzieścia osiem lat. 
Mam wszystko, o czym niektórzy w moim wieku mogą jedynie pomarzyć: własne mieszkanie, nowy samochód, przystojnego narzeczonego. Jestem architektem. Pracuje w znanym warszawskim biurze projektowym. To praca, o której zawsze marzyłam, do tego świetnie płatna i dająca mi satysfakcję. Pozwala mi pozostawić po sobie na Ziemi trwały ślad.
I wszystko byłoby jak w bajce, jak w amerykańskim filmie. Chciałoby się dodać:”... i żyli długo, i szczęśliwie...” Niestety bardzo szybko okazało się, że do tego jeszcze długa i kręta droga.

****

Pracowałam wtedy nad swoim, pierwszym, samodzielnym projektem: małego, osiedlowego pasażu handlowego. Bardzo się cieszyłam, iż mój szef – Jakub – obdarzył mnie zaufaniem powierzając mi ten projekt. Do tej pory, jako jego asystentka, zajmowałam się jedynie parzeniem kawy, a od czasu
 do czasu podrzucałam jakiś pomysł do realizowanego w danym momencie projektu. 
Tym razem było inaczej, teraz to ja byłam odpowiedzialna za całość prac. Zaczęłam z werwą zbierać pomysły, szukać oryginalnych koncepcji i starałam się, by mój projekt był wyjątkowy. 
Taki, który spodoba się klientowi i spełni jego oczekiwania.
W ferworze prac, powoli zaczynałam tracić kontrolę nad czasem. Dni mijały w błyskawicznym tempie. Niekiedy łapałam się na tym, iż spędzałam w pracy całe dnie i wieczory. 
W domu jedynie sypiałam. Byłam tak zaabsorbowana pracą, że powoli zaczynałam zaniedbywać mojego narzeczonego, którego widywałam raczej sporadycznie. Do tego zbliżały się moje urodziny. Skrzynka wiadomości w moim telefonie pękała w szwach. Moje przyjaciółki od dłuższego czasu starały się do mnie dobić.
Wreszcie gdzieś między ostatnimi szkicami projektu, ostatnimi konsultacjami ze zleceniodawcą 
i moim szefem udało mi się znaleźć czas na urodzinową imprezę w gronie przyjaciółek.
Siedziałyśmy z dziewczynami u mnie. Robert był w swoim gabinecie. Odkąd wrócił z pracy zakopał się w papierach. Właśnie otwierałam drugą albo trzecią butelkę wina, gdy odezwał się dzwonek
 do drzwi. Spojrzałam na zegarek. Było już dobrze po północy.
- Czekamy jeszcze na kogoś? - zapytała Magda lekko zmiękczonym głosem.
- Ja na nikogo nie czekam. Chyba, że wy coś wymyśliłyście... Jakaś niespodzianka? - próbowałam zgadnąć, idąc do drzwi.
- Tym razem, to nie my! - usłyszałam za plecami głos Aśki.
Przekręciłam zamek i otworzyłam drzwi. Stało za nimi dwóch policjantów.
- Jolka, a jednak będzie striptiz! - wrzasnęła Magda, tuż za moimi plecami i puściła Jolce konspiracyjne oczko.
- Pani Lidia Dąbek? - zapytał jeden z policjantów.
- To, ja. O co chodzi? - zapytałam zdziwiona ich widokiem.
- Byłyśmy grzeczne, „panowie władze” - wybełkotała Jolka, która zdążyła już dobrać się do wina. Policjanci puścili to mimo uszu.
- Sierżant Kowalski, posterunkowy Michałowski. Komenda Miejska Policji. - sierżant przedstawił siebie i kolegę.
- Możemy prosić jakiś dokument tożsamości? - zapytał posterunkowy.
Z szafy w przedpokoju wyciągnęłam torebkę, poszukałam dokumentów i podałam policjantowi dowód.
- Zgadza się... - powiedział.
- Panowie, powiedzcie o co chodzi? - przerwałam mu. Czułam, że coś się stało. Nic dobrego. 
Ze zdenerwowania zaczęły mi się pocić dłonie, a w głowie szumiało mi od wypitego wina.
- Panowie w jakiej sprawie? - usłyszałam głos Roberta i w tej samej chwili poczułam ciepło jego dłoni na moim ramieniu.
- Pan jest...?
- To mój narzeczony. Robert Bielecki.
- Z naszych ustaleń wynika, że jest pani właścicielką samochodu o numerach rejestracyjnych,
 tu wyjął notes i podał numer rejestracyjny mojego auta.
- Tak, to moje auto. Ale o co chodzi? Ktoś je ukradł?
- Gdzie jest ten samochód?
- Zostawiłam go na parkingu pod biurem projektowym, w którym pracuję. Na ulicy Zielonej...
- Myślę, że powinna pani pojechać tam z nami. Więcej powiemy pani na miejscu...
- Panowie, o co tutaj chodzi?! - zapytał wyraźnie zirytowany Robert – Wyciągacie moją narzeczoną 
z domu w środku nocy, jak jakiegoś przestępcę i nawet nie raczycie powiedzieć dlaczego?!
- Robert, spokojnie... Pojedziemy z panami i wszystko wyjaśnimy.
- Mogę tylko powiedzieć, że pani auto zostało uszkodzone i nie wygląda to na zwyczajne włamanie w celach rabunkowych...


- Czy to pani samochód? - pytają policjanci, gdy jestem już na parkingu.
Oszołomiona światłami radiowozów i poblaskiem latarni ulicznych z trudem rozpoznaję swoje auto. Kupione kilka tygodni temu, w kredycie na kilka długich lat. Mój pierwszy, nowy samochód. 
Moje czarne volvo... Już widzę jak spłacam raty kredytu chodząc do pracy pieszo lub tłukąc się komunikacją miejską. Łzy zaczynają tańczyć mi w kącikach oczu. Z odrętwienia wyrywa mnie głos:
- Proszę pani... czy pani mnie słyszy? Czy pani jest właścicielem tego auta?
Zbieram się w sobie i staram się ułożyć setki myśli w mojej głowie.
- Tak, to jest mój samochód. To znaczy, był...
- Czy widziała pani dziś coś podejrzanego? Ktoś się kręcił koło pani samochodu? Tu na parkingu albo gdzieś indziej? Pod sklepem? Pod domem?
- Nie... raczej nie. Dlaczego pan o to pyta?
Z trudem mijam grupę policjantów i spory tłumek gapiów. Schylam się i przechodzę pod biało- niebieską taśmą z napisem: „POLICJA” i podchodzę bliżej samochodu. A raczej tego, co z niego zostało. Wygląda jakby brał udział w wypadku, uderzył w coś, a później koziołkował. 
Nie ma żadnej całej szyby, ma stłuczone wszystkie reflektory, urwane lusterka, pocięte opony, powgniataną karoserię... Tylko dach ma cały, a na nim kikut pozostały po wyłamanej antenie...
 Alarm rzęzi ostatkiem sił.
- Zanim pani podejdzie bliżej chciałbym... proszę zaczekać... - słyszę jak jeden z policjantów coś
 do mnie mówi. Ignoruję go.
Podchodzę do maski, jedynej ocalałej części mojego samochodu. W wątłym świetle latarni odczytuję napis, wykonany na niej białym sprayem:
„JESZCZE CIĘ DORWĘ SUKO”
Czytam go kilkakrotnie. Czuję jak całe ciało zaczyna mi drżeć z nerwów.
- Chciałem pani tego oszczędzić... ale nie dała się pani zatrzymać... 
Podejrzewa pani kogoś – pyta jeden z policjantów – Może ktoś pani groził? Ma pani jakichś wrogów?
- Co pan mówi?! Jakich wrogów?
Ledwo trzymam się na nogach, Nagle czuję jak ktoś podtrzymuje mnie za łokieć.  Mój ukochany.
O nic nie pyta, po prostu jest. Za to policjanci zadają mi całą masę pytań, nie umiem się skupić, 
nie jestem w stanie odpowiadać. Opieram się plecami o latarnię. Przed oczami wciąż wiruje mi jedno zdanie: „JESZCZE CIĘ DORWĘ SUKO!”
Co oni wszyscy mówią? Kto to zrobił? Czym sobie na to zasłużyłam? - myślę.
„Jeszcze cię dorwę suko!” Powtarzam w głowie jak mantrę.
Nagle robi mi się gorąco. Światła latarni i radiowozów zlewają się w jedną białą plamę, a potem wszystko robi się niesamowicie czarne. Osuwam się na ziemię, dokładnie gdy dziewczyny podchodzą do mnie. Robi mi się niesamowicie błogo, słyszę tylko jakieś krzyki, a potem nastaje zupełna cisza...




*powyższe opowiadanie w całości stanowi fikcje literacką i nie ma swojego odzwierciedlenia w rzeczywistości.

wtorek, 27 grudnia 2016

"Poniedziałkowa klątwa wtorku..."

 Nie lubię „niezorientowanych” ludzi. Takich, którzy nie chcą wiedzieć, poznać czegoś, przeczytać, zobaczyć. Ludzi, którzy boją się poszerzać swe doświadczenia, swoją autopsję. Naprawdę strasznie mnie to denerwuje. Doprowadza wręcz do szewskiej pasji.

No, bo po co przeczytać coś, skoro inni już to zrobili. Wystarczy, że oni się męczyli to ja już nie muszę...”
No po co czytać choćby taki rozkład jazdy autobusów! Przecież wisi takowy na przystanku i tam czarno na białym jest wszystko dokładnie opisane. Wystarczy przeczytać.

Ot i pewnego razu dopadła mnie klątwa poniedziałku, we wtorek. Stoję sobie w moim ukochanym mieście, na przystanku tłum. Autobus jak zawsze opóźniony, co już nikogo nie dziwi. Do przystanku dociera kobieta, bliżej nieokreślonego wieku. Z kilkunastu osobowego tłumu, w czasie ostrej selekcji wzrokowej wyławia właśnie mnie:
- Przepraszam, pani też na autobus? - pyta, żeby cokolwiek zagaić.
A gdzie tam...- myślę sobie – tak sobie przyszłam postać na przystanku. Nie mam nic ciekawszego do roboty.
- Tak. - odpowiadam.
- A dokąd ten autobus będzie jechał?
Przyszłaś, kobieto na przystanek i nie wiesz, gdzie jechać.- myślę i czuję, że to będzie dobry dialog.
- Zależy, który... Stąd odjeżdża kilka linii...
- A pani? Którym będzie jechać? - dopytuje kobieta.
- Piątką. - mówię licząc, że wreszcie da mi spokój.
- A gdzie ona jedzie?
-Na ulicę Leśną. -odpowiadam z coraz mniejszą chęcią. A, że jestem kulturalna to nie mogę nie odpowiedzieć.
- Aha... A inne autobusy to gdzie jadą? - kobieta wyraźnie nie daje za wygraną.
- Nie wiem. Jest rozkład może pani sobie sprawdzić... - teraz już trudno mi ukryć irytację.
- A kto by tam to czytał! Lepiej zapytać, jak ktoś jechał to będzie wiedział...
Z trudem duszę w sobie przekleństwo, które ma wielką ochotę wyrwać się z moich ust.
Ta – myślę – Będzie wiedzieć lepiej niż rozkład.
- To nie wie, pani? - dopytuje kobieta.
- Niestety, nie. - odburkuję.
- To trzeba by przeczytać...
- Można przeczytać. - odpowiadam, wskazując rozkład.
Nastaje cisza. Kobieta spogląda to na mnie to na wiszącą kartkę z rozkładem.
Co?! Ja mam to czytać?! - nie dowierzam w myślach.
Kobieta stoi, wgapia się we mnie.
Może nie potrafi czytać...
Po chwili znacząco odchrząkuje. Udaję, że nie słyszę. Zaraz po tym odchodzi naburmuszona i zdenerwowana.
Nareszcie... - cieszę się w myślach.
Wreszcie podjeżdża mój autobus. Z nieukrywaną radością wsiadam. Za plecami słyszę głos tej samej kobiety:
- Przepraszam, pan też na autobus?