Ostatnia już część "Idiotki". Przeczytajcie i podzielcie się opiniami :)
Później
przesłuchiwano świadków. Pierwszy mówił mój mąż Nawet nie
spojrzał mi w oczy. Zupełnie jakby bał się, że może zdradzić,
że mija się z prawdą. Tak bardzo chciałam, żeby popatrzył mi w
oczy, ten ostatni raz. Gdybym w nich dostrzegła choć cień nadziei,
miałabym siłę, by walczyć, bronić się. Ale on gapił się na
własne ręce. Jak uczeń wywołany do tablicy przez nauczyciela.
Ostatnim
świadkiem było moja teściowa. Odegrała piękny spektakl. Monodram
godny największej aktorki. Mówiła bardzo długo, wielokrotnie
zbaczała z tematu. Ubolewała nad losem swego pierworodnego, jaki to
on jest biedny i że to wstyd, że splamiłam krwią niewiniątka ich
nazwisko, szanowane nazwisko, na którego reputację pracowała
latami.
Chciałam
ją udusić! W myślach już zaciskałam ręce na jej starej,
pomarszczonej szyi. To ona powinna być na miejscu tamtej idiotki.
Obie zasłużyły na karę, ale mamusia sama się o nią prosiła.
Jak ja wytrzymałam te osiem lat?! Osiem lat wiecznych i
niekończących się narzekań mamusi, bo przecież ja wszystko
robiłam źle.
Na
szczęście teraz odpocznę i jest szansa, że gdy wyjdę nigdy
więcej jej nie spotkam. Wiedziałam, że odetchnę, odpocznę od
świata i to dawało mi spokój. Z drugiej jednak strony krwawiło mi
serce. Mężczyzna, którego kochałam jak nikogo, już postawił na
mnie krzyżyk. Co więcej byłam niemal stuprocentowo pewna, iż już
zabawia się z którąś z młodych aplikantek albo sekretarką z
kancelarii. Serce bolało mnie coraz bardziej. Chciałam, żeby to
wszystko już się skończyło, żebym nie musiała na nich patrzeć.
Mamusia i synek! Oboje siebie warci. W głowie ciągle kołatało mi
się tysiąc myśli. Czemu to wszystko tak się potoczyło? I tylko
ja wiedziałam, że wina leży pośrodku. Wewnątrz tego chorego
układu, niebezpiecznego tandemu matki i syna, do którego
niefortunnie zapukałam, zostałam zaproszona przez miłość, a
teraz wyrzuca mnie z niego obojętność męża i niegasnąca
nienawiść jego matki. Jednak, czy kiedykolwiek byłam jego
elementem, miałam w nim swoje miejsce? Jeśli tak było, to zostałam
go pozbawiona wiele lat temu, zanim jeszcze na dobre się tam
zadomowiłam.
W mowie
końcowej mecenasina, który próbował mnie bronić, plątał się,
jęczał i marudził, tak, że po kilku pierwszych słowach
przestałam go słuchać. Gdy zagrzmiał groźny głos prokuratora,
żądającego dożywocia, znów spojrzałam na męża. To nie miało
się tak skończyć. Nie tak miało wyglądać nasze wspólne życie.
I po co było to wszystko? Ślub, wesele, biała suknia, wspólne
mieszkanie? Skoro i tak wrócił do wyjściowej pozycji u boku swej
toksycznej matki, której powinien podpisać cyrograf wyłączności.
Mamusia
siedziała obok niego i gestem kochającej matki, trzymała jego
dłonie w swoich. Scena niczym z taniego melodramatu. Już jest po
jej stronie, znów. Jej macki zdążyły na nowo opleść do od stóp
do głowy. A on – biedny sierota – bezgranicznie ufa tylko
mamusi. Tylko ona wie, co jest dla niego najlepsze. Po przemowie
prokuratora sędzia ogłosił przerwę. Nie wyszłam z sali, wolałam
spokój i panującą w niej ciszę. Nadal siedziałam na swoim
miejscu i popadłam w zamyślenie.
W czasie, gdy sąd udał się na
naradę, w myślach śledziłam przebieg wydarzeń z pamiętnego
dnia, mojego ostatniego spotkania z idiotką, żywą idiotka.
Tamtego dnia zadzwoniłam do idiotki i
umówiłam się na spotkanie:
- Możemy się spotkać, masz dziś
czas? - zapytałam
- Ymmm, wiesz nie bardzo jestem dziś
dość zajęta...
Jasne, kosmetyczna, fryzjer,
tipsy... to bardzo ważne i absorbujące zajęcia –
przebiega mi przez myśl.
- Kochana, tak
dawno się nie widziałyśmy, zależy mi na tym spotkaniu. Stęskniłam
się za Tobą. - próbowałam ją „urobić”
- Och, no nie wiem,
może znajdę odrobinę czasu.
- Proszę cię,
chociaż godzinkę...
- Ojj, no dobrze. -
zgodziła się z lekką niechęcią, czyżby nękały ją wyrzuty
sumienia...
Dwie godziny
później czekam na nią w parku. Na ławce, gdzie dawniej lubiłyśmy
razem przesiadywać. Jest dosyć chłodno, synoptycy zwiastują opady
śniegu. Mam nadzieję, że troszkę sypnie. To znacznie ułatwiłoby
mi robotę, a innym pokrzyżowało szyki. Śnieg i deszcz to moi
jedyni sprzymierzeńcy, bezinteresowni pomocnicy.
Jest, nareszcie
idzie. Wystrojona jak na bal sylwestrowy. Kozaczki na szpilce,
futerko i oczywiście markowa torebka.
Powodzi jej się. A może to
prezenty od mojego mężusia?- myślę
z odrazą, przywołując na twarz nieszczery uśmiech, mający
imitować radość na jej widok. Podchodzi do mnie, przytula i
przyciska swój policzek do mojego.
- Tak się cieszę,
że cię widzę... - udaje, że nic się nie stało.
- Och, ja też się
cieszę – i ja udaję idiotkę, nie mogę zdradzić,że cokolwiek
wiem.
- Przejdziemy się
– pyta, a ja mam wrażenie, że czyta w moich myślach.
- Chętnie, taki
dziś ziąb...
- Co słychać jak
układa ci się z mecenasem? - pyta niewinnie.
Bezczelna jak może o to pytać?!
Odkąd z tobą sypia, świetnie! -wybucham
w myślach.
- Dobrze, nie
narzekam. - mówię i mam wrażenie, że przez jej twarz przebiega
grymas współczucia, albo żalu.
- A co u ciebie?
Masz kogoś na oku?
- Mam. - odpowiada
nieśmiało.
- Powiedz, coś
więcej! - udaję szczere zainteresowanie.
- Jest przystojny,
delikatny, cały czas mnie adoruje...
Zdzira! Jak może tak mówić!
Mam ochotę złapać ja za te tlenione kłaki i wyrwać je wszystkie.
Dochodzimy do
stawu, to tutaj – według mojego planu – się pożegnamy. Raz na
zawsze. Idziemy pod stary dąb. Pod jego korzeniami ktoś wykopał
ogromną jamę. Pewnie był to jeden z poszukiwaczy skarbów,
ostatnio wszędzie ich pełno. Opieram się o drzewo plecami,
przechylam w bok. Spoglądam na jamę w korzeniach. Idealne miejsce
na.... ale powoli. Wspieram się o drzewo. Idiotka stoi przede mną i
rozwodzi się na temat swego cudownego mężczyzny:
- Wiesz, planujemy
zaręczyny, a latem weźmiemy ślub...
- Znam go? - pytam,
a ona blednie – pochodzi stąd?
- Nie, nie znasz
go, jest z innego miasta. Poznaliśmy się na delegacji.
Nie wytrzymam,
dłużej nie mogę tego słuchać!
- Przestań,
kłamać!
- O co ci chodzi?
- Jeszcze masz
czelność udawać, że nic się nie stało?
- Nie rozumiem!
- Nie udawaj! Wiem,
kim jest ten twój kochaś! Jak mogłaś mi to zrobić?
- Co ty mówisz?
Uspokój się...
- To ja zwierzałam
ci się ze swoich problemów małżeńskich! A ty to wykorzystałaś,
by uwieść mojego męża!
- To nie tak,
posłuchaj!
- Nie mam ochoty
słuchać twoich wyjaśnień, kolejnych bajeczek!
- My
się kochamy! I będziemy razem czy ci się to podoba czy nie!
-krzyczy. Emanuje dumą i pewnością siebie, chce postawić na
swoim.
Nigdy!
Nigdy jej na to nie pozwolę, już byłam wystarczająco
naiwna...
Stoi przez chwile i
patrzy mi w oczy to trwa sekundy, a potem odwraca się ode mnie i
odchodzi.
- Po moim trupie! -
wrzeszczę i chwytam leżącą na ziemi grubą, dębową gałąź.
Podbiegam do niej, biorę zamach i... stoję wpatrując się w jej
martwe ciało. Nie mogę się ruszyć. Patrzę na jej blond włosy
rozsypane na brązowych liściach dębu, okrywających ziemię. Na
zastygły na jej twarzy grymas uśmiechu zwycięscy, człowieka,
który dopiął swego. Nie wiem ile mija czasu zanim budzę się z
tego odrętwienia. Rozglądam się wkoło. Pusto. Całe szczęście,
nie ma żadnych ludzi, nikogo... Jedynie otaczające mnie drzewa będą
niemymi świadkami mojej zbrodni. Nie planowałam takiego obrotu
spraw, wszystko potoczyło się niewiarygodnie szybko. Sama jestem w
szoku.
Szybko wrzucam
ciało do jamy w korzeniach drzew. Wszystko przysypuję grubą
warstwą ziemi i szczelnie okrywam pierzyną z liści. Już, gotowe.
W ręce trzymam jeszcze jej komórkę. Ponownie rozglądam się
wkoło. Biorę narzędzie zbrodni - gałąź Podchodzę do stawu,
zwinnym ruchem wrzucam ją do wody. Z komórki idiotki wyjmuję
baterię i po kolei umieszczam je w czeluściach stawu. Spoczną na
dnie, zachowując moją tajemnicę w odmętach wodorostów.
Okrężną drogą
wracam na skraj parku, a potem na przystanek autobusowy. Gęste,
ciężkie chmury zasnuwają niebo. Zaczyna prószyć gęsty śnieg.
Bardzo dobrze, zatrze moje ślady.
Wsiadam
do autobusu i jadę do centrum. Długo klucze uliczkami starego
miasta. A potem pieszo wracam do domu. Zatrzymuję się na środku
chodnika, podnoszę twarz ku niebu. Zimne płatki śniegu spadają na
moje policzki, dając przyjemne uczucie chłodu. Mijający mnie
ludzie, przeklinają pod nosem potrącając mnie w biegu. Niech myślą
sobie co chcą. A ja delektuję się chwilą, z poczuciem dobrze
wykonanego obowiązku.
Przerwa
skończyła się zaskakująco szybko, zbyt szybko. Wyrok był dla
wszystkich zaskoczeniem, jedynie ja odetchnęłam, ciesząc się, że
to już koniec. Dostałam piętnaście lat więzienia. Mój obrońca
cały czas starał się podciągnąć mój czyn pod działanie w
afekcie. Udało mu się i to był jego jedyny sukces, w czasie tej
rozprawy. Poczułam jak emocje odpływają, że wreszcie mogę
odetchnąć pełną piersią. Wiedziałam, że
więzienie nie jest najmilszym miejscem na ziemi, ale nie
zamieniłabym go na towarzystwo mamusi i mojego męża. Póki co
jeszcze męża, choć zapewne jutro pobiegnie z mamusią do adwokata,
by rozwiązać tę kwestię i ostatecznie, raz na zawsze pozbyć się
mnie ze swojego życia i poświęcić jego resztę mamusi.
KONIEC
:)