czwartek, 28 kwietnia 2016

Kocham deszcz!

Nienawidzę deszczu. Takiego jak wczoraj. Gdy wsiadałam do autobusu, była piękna pogoda, świeciło słońce. Kiedy wysiadałam 20 km dalej okazało, że pada. Siąpiło jak z konewki. Drobny, ale gęsty deszcz, który w krótkim czasie przemoczył mnie do suchej nitki.

Poruszanie się ulicami miasta, w deszczu to jest moje ulubione zajęcie. Wprost uwielbiam, gdy pada! Wszystko wtedy jest taakie mokre!
Najgorsze jest chodzenie po ulicach z parasolem nad głową. Wtedy zawsze okazuje się jak wąskie są miejskie chodniki. Naprawdę. Gdy świeci słońce, nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Chodniki są tak wąskie, że dwie osoby pod parasolami nie mogą się wyminąć bez obicia parasoli o siebie. Serio, zawsze mi się to zdarza. Wtedy jedna z osób musi opuścić parasol i przez kilka sekund moknąć.
Kryjąc się pod parasolem chronimy się przed deszczem, ale i znacząco ograniczamy sobie pole widzenia. Spod ronda parasola trudno nam dostrzec nadchodząca z przeciwnego kierunku osobę, która też ma parasol, więc nas nie widzi. I bach! Zderzamy się ze sobą, mało co nie wybijając sobie oczu drutami z parasolki. Chowając głowę pod parasolką, trudno też dostrzec: latarnie, kosze na śmieci, koniec wysokiego krawężnika i parkujące na chodniku auta. A to boli, nasze kolana i piszczele, wydają wtedy jęki z bólu.  A nam zdarza się zakląć pod nosem.

W takie dni zawsze okazuje się, że parasol nie mieści się w drzwi do sklepu, ani w drzwi autobusu. Najgorsze jest to, że w takim sklepie czy autobusie nie ma co zrobić z ociekającym wodą parasolem. No, bo gdzie to upchnąć? Do torebki, żeby mieć tam akwarium. Zostawić koło drzwi, w centrum handlowym? Raczej zniknie albo ktoś go zwędzi albo wyrzuci. Zatem nosi się to w ręce i zostawia za sobą mokre plamy. Jak ślimak na liściu.

Deszcz krzyżuje nam szyki. Makijaż się rozpływa, potem wyglądamy - my kobiety - jak zombie. Idealna fryzura w ciągu kilku minut zamienia się w artystyczno - mokry nieład. Najgorzej mają okularnicy - w tym i ja - już po pierwszych kroplach deszczu nic przez okulary nie widać.  A gdy się wejdzie do jakiegokolwiek pomieszczenia okulary parują i znów nic nie widzisz...

I ta cholerna złośliwość pogody! Gdy chodzisz po mieście - leje jak z cebra. Wchodzisz do sklepu -nie pada, co więcej pojawiają się przebłyski słońca. A gdy wychodzisz na zewnątrz - znów zaczyna lać!

Ja, wczoraj zmokłam jak kura. A gdy wróciłam do domu, wyszło piękne słońce. Czyż to nie ironia losu...?    

foto by: 1 mln wallpapers hd free

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

"No, co ludzie powiedzą?!"

Człowiek jako istota stadna, procesie ewolucji wykształcił sobie - moim zdaniem zbyteczną - umiejętność nadmiernego przejmowania się opiniami innych osobników. Zbyt dużą wagę przywiązujemy do tego, co inni o nas sądzą, jak nas postrzegają, itp.
W głowach wciąż rozbrzmiewa nam staropolskie: "CO ludzie powiedzą?!".
Przejmujemy się osądami innych, ich zdaniem na nasz temat, tym, co o nas mówią. Boimy się wychodzić przed szereg, bo możemy zostać obmówieni, zwłaszcza negatywnie.
Kierujemy się utartymi, od lat, schematami, ponieważ każda odmienność może zostać napiętnowana, poddana szykanie. Staramy się zachowywać właściwie, jak przystało na porządnych ułożonych ludzi. Boimy się zaszaleć, zaryzykować. Zamykamy się na nowoczesność, na innowacje: "no, bo po co mi to, co ludzie o tym powiedzą, co o mnie pomyślą..."
Takie zjawisko nasila się zwłaszcza w mniejszych miejscowościach.
Gdzie wszyscy się znają i wszystko o sobie wiedzą, a lokalna poczta pantoflowa działa lepiej niż Gmail...
Dlaczego nie umiemy przestać przejmować się czczym gadaniem innych?  Nie umiemy być głusi na ich jadowite docinki, zbyteczne komentarze?
Podstawą tego jest nasze pochodzenie. Zostaliśmy stworzeni do życia w społeczeństwie, do dobierania się w pary, zakładania rodziny, przynależności do różnych grup. Już od najmłodszych lat poszukujemy bratniej duszy. Kogoś kto będzie nas lubił, wspierał, kochał i szanował. Zabiegamy o względy innych ludzi. Staramy się im przypodobać, byśmy zostali zaakceptowani. Chcemy żyć w dobrych stosunkach z innymi przedstawicielami  homo sapiens. Jednak czy potrzebni nam są ludzie, którym najlepiej wychodzi krytykowanie innych?
Odetnijmy się od tego, przestańmy ich słyszeć, udawajmy, że ich nie widzimy. Albo choć spróbujmy... Dalej róbmy swoje, przecież nie można wszystkich zadowolić. zawsze znajdzie się ktoś sceptycznie nastawiony, komu nic nie będzie pasowało.Nawet w sytuacji wydawałoby się idealnej, zawsze znajdzie dziurę w całym.A może tak przyjrzałby się samemu sobie, w lustrze. Dostrzegł, iż nie ma nieskazitelnej opinii, ma co nieco "za uszami".
Często przez takich ludzi, porzucamy różne zajęcia, zmieniamy plany. Jednak zawsze powinniśmy pamiętać, iż nikt nie zna naszej sytuacji jak my sami, nikt "nie chodzi w naszych butach".
Tak do końca nie zrozumie naszego życia i tego, co sprawiło, że jesteśmy właśnie tacy, a nie inni.  Nie pojmie jakie przeżycia i wydarzenia nas ukształtowały.
Ja staram się ich ignorować. Gdybyśmy martwili się wszystkim, co o nas mówią, musielibyśmy chyba zamknąć się w czterech ścianach i nie wychodzić z domu. Niech sobie pogadają, jeśli sprawia im to przyjemność. Powinni jednak wiedzieć jedno: o nich też ktoś mówi, niekoniecznie w samych superlatywach...

foto by: 1 mln wallpapers hd free

niedziela, 17 kwietnia 2016

"Pustka w głowie mojej..."

Kiedyś na blogu pisałam o tym jak wena atakuje mnie bez ostrzeżenia. Gdy jestem w domu, w autobusie, na spacerze. I wtedy nie mogę powstrzymać strumienia słów, wlewającego się do mojej głowy.
Muszę je zapisać, bo nie dadzą mi spokoju. Wiercą mi dziurę w głowie, nie pozwalają normalnie funkcjonować.

Jednak czasami zdarza się taki czas, gdy pomysłów muszę szukać, starać się o wenę.
Dosłownie, ze podążam ze świecą w jej poszukiwaniu. Czasami trawa to godziny. Niekiedy dni. Chyba, ta dziura w głowie z żartów, istnieje naprawdę. 
Szukam wtedy inspiracji, natchnienia. Niestety ciężko mi na nie trafić. Jakoś nie możemy się spotkać, dogadać... Trudno mi znaleźć sensowny temat na tekst. Cokolwiek, o czym mogłabym napisać. Wydaje mi się, iż pisałam już o wszystkim. I gdy pojawia się pomysł, iskierka nadziei na przełom, mam wrażenie, że to już było. W amoku przerzucam stosy zapisanych kartek, karteczek, kawałków zapisanego papieru.
Przeszukuję notesy, zeszyty. Bywa tak, że znajduję tekst, ale bywa też, że nie. Wtedy siadam nad notesem z ołówkiem w ręku. Skupiam się na danym zagadnieniu. Przyciskam ołówek do kartki, ale on nie chce pisać. Nie mogą zgrać się razem i tańczyć. Pustka. Totalna, czarna dziura. Zero pomysłu, bezdenna otchłań nicości. 
Nie ma na ten stan sprawdzonego lekarstwa. Brak antidotum. 

Bywa też tak, że nie mogę dokończyć zaczętego tekstu. Pisana przeze mnie historia nie chce się kleić. Utykam w martwym punkcie. Toczę się niczym walec drogowy. Toczę walkę z pojawiającymi się na kartce wyrazami, wykreślam je, a potem zapisuję jeszcze raz. Wszystko jest nie tak. Żadne ze zdań nie brzmi idealnie, brak mi słów. Nie mogę w pełni oddać tego, co chcę napisać. Martwię się, iż czytelnik, nie zrozumie przekazu. Że zagmatwam, nawet najprostszą rzecz, źle dobierając słowa.

piątek, 1 kwietnia 2016

„Jazda szaleńca”, czyli podróż komunikacją publiczną

Jazda środkami komunikacji miejskiej niekiedy bywa udręką, czasami jednak dostarcza rozrywki smutnym szarym życiu.. Czasami człowieka krew zalewa, a niekiedy płacze ze śmiechu. Ostatnio zaczęłam baczniej obserwować współpasażerów z autobusu czy pociągu. Zwykle zakładam słuchawki, odcinając się od otaczających mnie ludzi. Raz postanowiła zrobić wyjątek i darować sobie słuchanie ulubionej muzyki. To był w czasie jazdy busem. To, czego doświadczyłam, to jakiś koszmar albo sen szaleńca. 
  Najpierw gdy wsiadasz do autobusu i kupujesz bilet, stajesz się najważniejszym obiektem, na który kieruje się wzrok innych podróżnych. Kobiety obgadują twój strój, a faceci twoje atuty, zwykle dość głośnym szeptem. Oczywiście jeśli jesteś płci żeńskiej. W przypadku mężczyzn jest odwrotnie :). Zajmujesz miejsce i wszystko powoli się normuje. Chcesz spokoju i doskonale wiesz, że nie będzie ci on dany. Na samym końcu autobusu zawsze lokuje się młodzież. Jest spokojnie, ale niekiedy ci młodzi ludzie w dresach muszą słuchać muzyki z telefonu przez głośnik. Tak by w całym autobusie ludzie wiedzieli jakie są ich preferencje muzyczne. Siedzisz i słuchasz jak jakiś raper wrzeszczy rzucając mięsem bez żadnych oporów. I tak przez całą drogę. Ja zawsze w takiej chwili mam ochotę krzyknąć: „Litości, człowieku! Kup sobie słuchawki!”. Ale siedzę i cierpię katusze. A z przodu autobusu starsze panie dyskutują na temat swoich ostatnich dolegliwości, dzieląc się najdrobniejszymi, barwnymi szczegółami. I tak głowa ci pęka od wrzasków rapera i zbiera ci się na wymioty od medycznych zwierzeń pań. Nagle do autobusu siada kobieta z dzieckiem i z wózkiem spacerowym. Na twarzach starszych pań maluje się wyraz dezaprobaty. Zdają się myśleć: „Gdzie ona się tu pcha z tym wózkiem!Bezczelna!” Matka z dzieckiem siada i następuje względny spokój. No przecież nie zostawi wózka na przystanku, bo zajmuje trochę miejsca. O wielkie mi rzeczy! Panie przy wysiadaniu chrząkają z niezadowoleniem, gdy muszą przeciskać się obok wózka. Ale ich wózeczki na zakupy zajmują dużo więcej miejsca niż złożony wózek spacerowy. I do tego zawsze mają miejsce VIP na środku przejścia.
Jedna ze starszych pań, która właśnie wsiadła podchodzi do mnie i pyta:
„Młoda damo, czy mogłabyś ustąpić mi miejsca?” Jako dobrze wychowana osoba, wstaję: „Proszę.” mówię grzecznie.
I wtedy następuje coś, czego nigdy bym nie przewidziała. Starsza pani na miejsce, na którym przed chwilą siedziałam stawia obie swoje, wielkie torby z zakupami i dalej stoi. „Co jest? - myślę – to ja ustąpiłam miejsca torbom...?! Mam ochotę powiedzieć delikwentce, co o tym myślę, ale jestem na to zbyt dobrze wychowana. Milczę. Stoję w ścisku ludzkich ciał i milczę. Wtem czuję jak ktoś z końca autobusu przeciska się do przodu w stronę drzwi. To jakiś małolat. „Po co chłopcze siadałeś na samym końcu, skoro wysiadasz na pierwszym przystanku? -myślę ze złością - Teraz przepychasz się do drzwi, denerwujesz tylko innych. Z przodu autobusu też są siedzenia!” 
W połowie drogi ubywa pasażerów, a przybywa miejsc. Nareszcie mogę sobie usiąść. Im bliżej do mojego przystanku, tym, zdaje mi się, autobus porusza się wolniej. Do tego jeszcze zatrzymuje się między przystankami, bo ludzie mają tak cholernie daleko, jeśli muszą przejść kilkadziesiąt metrów. I jeszcze trafiłam na życzliwego kierowcę, który się zatrzymuje wszędzie, gdzie tylko można. Starszym osobom się nie dziwie, ale małolaty, mogłyby się przejść dla zdrowia i dotlenienia mózgów. Wreszcie docieram do domu, grubo po czasie. Autobus się na pewno spóźni na następny kurs.

Ot i takie są uroki podróżowania komunikacją zbiorową. Jeśli ktoś podróżuje autobusami wie, o czym mówię i zna ten ból. A wszystkim posiadaczom własnych aut, możemy tylko pozazdrościć.

foto by: 1mln wallpapers hd free/pixabay.com