niedziela, 21 lutego 2016

Ostatnia część opowiadania - finał historii.

Ostatnia już część "Idiotki". Przeczytajcie i podzielcie się opiniami :)

                                                            

Później przesłuchiwano świadków. Pierwszy mówił mój mąż Nawet nie spojrzał mi w oczy. Zupełnie jakby bał się, że może zdradzić, że mija się z prawdą. Tak bardzo chciałam, żeby popatrzył mi w oczy, ten ostatni raz. Gdybym w nich dostrzegła choć cień nadziei, miałabym siłę, by walczyć, bronić się. Ale on gapił się na własne ręce. Jak uczeń wywołany do tablicy przez nauczyciela.
Ostatnim świadkiem było moja teściowa. Odegrała piękny spektakl. Monodram godny największej aktorki. Mówiła bardzo długo, wielokrotnie zbaczała z tematu. Ubolewała nad losem swego pierworodnego, jaki to on jest biedny i że to wstyd, że splamiłam krwią niewiniątka ich nazwisko, szanowane nazwisko, na którego reputację pracowała latami.
Chciałam ją udusić! W myślach już zaciskałam ręce na jej starej, pomarszczonej szyi. To ona powinna być na miejscu tamtej idiotki. Obie zasłużyły na karę, ale mamusia sama się o nią prosiła. Jak ja wytrzymałam te osiem lat?! Osiem lat wiecznych i niekończących się narzekań mamusi, bo przecież ja wszystko robiłam źle.
Na szczęście teraz odpocznę i jest szansa, że gdy wyjdę nigdy więcej jej nie spotkam. Wiedziałam, że odetchnę, odpocznę od świata i to dawało mi spokój. Z drugiej jednak strony krwawiło mi serce. Mężczyzna, którego kochałam jak nikogo, już postawił na mnie krzyżyk. Co więcej byłam niemal stuprocentowo pewna, iż już zabawia się z którąś z młodych aplikantek albo sekretarką z kancelarii. Serce bolało mnie coraz bardziej. Chciałam, żeby to wszystko już się skończyło, żebym nie musiała na nich patrzeć. Mamusia i synek! Oboje siebie warci. W głowie ciągle kołatało mi się tysiąc myśli. Czemu to wszystko tak się potoczyło? I tylko ja wiedziałam, że wina leży pośrodku. Wewnątrz tego chorego układu, niebezpiecznego tandemu matki i syna, do którego niefortunnie zapukałam, zostałam zaproszona przez miłość, a teraz wyrzuca mnie z niego obojętność męża i niegasnąca nienawiść jego matki. Jednak, czy kiedykolwiek byłam jego elementem, miałam w nim swoje miejsce? Jeśli tak było, to zostałam go pozbawiona wiele lat temu, zanim jeszcze na dobre się tam zadomowiłam.

W mowie końcowej mecenasina, który próbował mnie bronić, plątał się, jęczał i marudził, tak, że po kilku pierwszych słowach przestałam go słuchać. Gdy zagrzmiał groźny głos prokuratora, żądającego dożywocia, znów spojrzałam na męża. To nie miało się tak skończyć. Nie tak miało wyglądać nasze wspólne życie. I po co było to wszystko? Ślub, wesele, biała suknia, wspólne mieszkanie? Skoro i tak wrócił do wyjściowej pozycji u boku swej toksycznej matki, której powinien podpisać cyrograf wyłączności.
Mamusia siedziała obok niego i gestem kochającej matki, trzymała jego dłonie w swoich. Scena niczym z taniego melodramatu. Już jest po jej stronie, znów. Jej macki zdążyły na nowo opleść do od stóp do głowy. A on – biedny sierota – bezgranicznie ufa tylko mamusi. Tylko ona wie, co jest dla niego najlepsze. Po przemowie prokuratora sędzia ogłosił przerwę. Nie wyszłam z sali, wolałam spokój i panującą w niej ciszę. Nadal siedziałam na swoim miejscu i popadłam w zamyślenie.
W czasie, gdy sąd udał się na naradę, w myślach śledziłam przebieg wydarzeń z pamiętnego dnia, mojego ostatniego spotkania z idiotką, żywą idiotka.
Tamtego dnia zadzwoniłam do idiotki i umówiłam się na spotkanie:
- Możemy się spotkać, masz dziś czas? - zapytałam
- Ymmm, wiesz nie bardzo jestem dziś dość zajęta...
Jasne, kosmetyczna, fryzjer, tipsy... to bardzo ważne i absorbujące zajęcia – przebiega mi przez myśl.
- Kochana, tak dawno się nie widziałyśmy, zależy mi na tym spotkaniu. Stęskniłam się za Tobą. - próbowałam ją „urobić”
- Och, no nie wiem, może znajdę odrobinę czasu.
- Proszę cię, chociaż godzinkę...
- Ojj, no dobrze. - zgodziła się z lekką niechęcią, czyżby nękały ją wyrzuty sumienia...
Dwie godziny później czekam na nią w parku. Na ławce, gdzie dawniej lubiłyśmy razem przesiadywać. Jest dosyć chłodno, synoptycy zwiastują opady śniegu. Mam nadzieję, że troszkę sypnie. To znacznie ułatwiłoby mi robotę, a innym pokrzyżowało szyki. Śnieg i deszcz to moi jedyni sprzymierzeńcy, bezinteresowni pomocnicy.
Jest, nareszcie idzie. Wystrojona jak na bal sylwestrowy. Kozaczki na szpilce, futerko i oczywiście markowa torebka.
Powodzi jej się. A może to prezenty od mojego mężusia?- myślę z odrazą, przywołując na twarz nieszczery uśmiech, mający imitować radość na jej widok. Podchodzi do mnie, przytula i przyciska swój policzek do mojego.
- Tak się cieszę, że cię widzę... - udaje, że nic się nie stało.
- Och, ja też się cieszę – i ja udaję idiotkę, nie mogę zdradzić,że cokolwiek wiem.
- Przejdziemy się – pyta, a ja mam wrażenie, że czyta w moich myślach.
- Chętnie, taki dziś ziąb...
- Co słychać jak układa ci się z mecenasem? - pyta niewinnie.
Bezczelna jak może o to pytać?! Odkąd z tobą sypia, świetnie! -wybucham w myślach.
- Dobrze, nie narzekam. - mówię i mam wrażenie, że przez jej twarz przebiega grymas współczucia, albo żalu.
- A co u ciebie? Masz kogoś na oku?
- Mam. - odpowiada nieśmiało.
- Powiedz, coś więcej! - udaję szczere zainteresowanie.
- Jest przystojny, delikatny, cały czas mnie adoruje...
Zdzira! Jak może tak mówić! Mam ochotę złapać ja za te tlenione kłaki i wyrwać je wszystkie.
Dochodzimy do stawu, to tutaj – według mojego planu – się pożegnamy. Raz na zawsze. Idziemy pod stary dąb. Pod jego korzeniami ktoś wykopał ogromną jamę. Pewnie był to jeden z poszukiwaczy skarbów, ostatnio wszędzie ich pełno. Opieram się o drzewo plecami, przechylam w bok. Spoglądam na jamę w korzeniach. Idealne miejsce na.... ale powoli. Wspieram się o drzewo. Idiotka stoi przede mną i rozwodzi się na temat swego cudownego mężczyzny:
- Wiesz, planujemy zaręczyny, a latem weźmiemy ślub...
- Znam go? - pytam, a ona blednie – pochodzi stąd?
- Nie, nie znasz go, jest z innego miasta. Poznaliśmy się na delegacji.
Nie wytrzymam, dłużej nie mogę tego słuchać!
- Przestań, kłamać!
- O co ci chodzi?
- Jeszcze masz czelność udawać, że nic się nie stało?
- Nie rozumiem!
- Nie udawaj! Wiem, kim jest ten twój kochaś! Jak mogłaś mi to zrobić?
- Co ty mówisz? Uspokój się...
- To ja zwierzałam ci się ze swoich problemów małżeńskich! A ty to wykorzystałaś, by uwieść mojego męża!
- To nie tak, posłuchaj!
- Nie mam ochoty słuchać twoich wyjaśnień, kolejnych bajeczek!
- My się kochamy! I będziemy razem czy ci się to podoba czy nie! -krzyczy. Emanuje dumą i pewnością siebie, chce postawić na swoim.
Nigdy! Nigdy jej na to nie pozwolę, już byłam wystarczająco naiwna...
Stoi przez chwile i patrzy mi w oczy to trwa sekundy, a potem odwraca się ode mnie i odchodzi.
- Po moim trupie! - wrzeszczę i chwytam leżącą na ziemi grubą, dębową gałąź. Podbiegam do niej, biorę zamach i... stoję wpatrując się w jej martwe ciało. Nie mogę się ruszyć. Patrzę na jej blond włosy rozsypane na brązowych liściach dębu, okrywających ziemię. Na zastygły na jej twarzy grymas uśmiechu zwycięscy, człowieka, który dopiął swego. Nie wiem ile mija czasu zanim budzę się z tego odrętwienia. Rozglądam się wkoło. Pusto. Całe szczęście, nie ma żadnych ludzi, nikogo... Jedynie otaczające mnie drzewa będą niemymi świadkami mojej zbrodni. Nie planowałam takiego obrotu spraw, wszystko potoczyło się niewiarygodnie szybko. Sama jestem w szoku.
Szybko wrzucam ciało do jamy w korzeniach drzew. Wszystko przysypuję grubą warstwą ziemi i szczelnie okrywam pierzyną z liści. Już, gotowe. W ręce trzymam jeszcze jej komórkę. Ponownie rozglądam się wkoło. Biorę narzędzie zbrodni - gałąź Podchodzę do stawu, zwinnym ruchem wrzucam ją do wody. Z komórki idiotki wyjmuję baterię i po kolei umieszczam je w czeluściach stawu. Spoczną na dnie, zachowując moją tajemnicę w odmętach wodorostów.
Okrężną drogą wracam na skraj parku, a potem na przystanek autobusowy. Gęste, ciężkie chmury zasnuwają niebo. Zaczyna prószyć gęsty śnieg. Bardzo dobrze, zatrze moje ślady.
Wsiadam do autobusu i jadę do centrum. Długo klucze uliczkami starego miasta. A potem pieszo wracam do domu. Zatrzymuję się na środku chodnika, podnoszę twarz ku niebu. Zimne płatki śniegu spadają na moje policzki, dając przyjemne uczucie chłodu. Mijający mnie ludzie, przeklinają pod nosem potrącając mnie w biegu. Niech myślą sobie co chcą. A ja delektuję się chwilą, z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku.

Przerwa skończyła się zaskakująco szybko, zbyt szybko. Wyrok był dla wszystkich zaskoczeniem, jedynie ja odetchnęłam, ciesząc się, że to już koniec. Dostałam piętnaście lat więzienia. Mój obrońca cały czas starał się podciągnąć mój czyn pod działanie w afekcie. Udało mu się i to był jego jedyny sukces, w czasie tej rozprawy. Poczułam jak emocje odpływają, że wreszcie mogę odetchnąć pełną piersią. Wiedziałam, że więzienie nie jest najmilszym miejscem na ziemi, ale nie zamieniłabym go na towarzystwo mamusi i mojego męża. Póki co jeszcze męża, choć zapewne jutro pobiegnie z mamusią do adwokata, by rozwiązać tę kwestię i ostatecznie, raz na zawsze pozbyć się mnie ze swojego życia i poświęcić jego resztę mamusi.


KONIEC :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz