Witajcie!
Zapraszam do lektury kolejnej części mojego opowiadania. Wiem, że są wśród Was osoby, które oczekiwały tej chwili z ogromną niecierpliwością.
Już dziś mogę Wam zdradzić, iż "Idiotka" nadal się pisze... i już wkrótce sami będziecie mogli ocenić, czy są to udane próby kontynuacji. Ale póki co przed Wami część czwarta, zapraszam...
O świcie budzi mnie kac i przepełniony pęcherz. Muszę iść do pracy. Boję się tego. Mam wrażenie, że gdy tylko wyjdę na ulicę ludzie rozpoznają we mnie zabójczynię. Nie, przecież nie
zostawiłam żadnych śladów. Nie myśl o tym! Nie pozwól żeby to przejęło nad tobą kontrolę. Panujesz nad wszystkim. Niczego ci nie udowodnią.
Dzień w redakcji mija szybko. Wypełniony jest uściskami i współczuciem. Wszystkim jest przykro,
ponieważ straciłam przyjaciółkę. Wychodzę z pracy zmęczona i zirytowana. Przepełnia mnie złość. Szybko idę do auta. I co widzę? Mój mąż opiera się o maskę mojego samochodu. W ręce trzyma wiecheć kwiatów. Tylko tego mi brakowało! Co on tu robi, w porze obiadku u mamusi
ślęczy pod redakcją? Może nie przyszedł do mnie... Może flirtuje z kimś z redakcji... - łudzę się w
myślach. Powoli idę w jego stronę. Dostrzega mnie i rusza mi naprzeciw:
- Kochanie, witaj! Pięknie dziś wyglądasz... - zaczyna od komplementów, chce się wkupić w moje
łaski. Zatrzymuje się przede mną i wyciąga rękę z bukietem herbacianych róż:
- Proszę, kupiłem je specjalnie dla ciebie. To twoje ulubione kwiaty. Rano gdy przechodziłem obok
kwiaciarni i je zobaczyłem, pomyślałem, iż są stworzone dla ciebie...
Nie mogę uwierzyć własnym oczom i uszom. Co on wyprawia? Udaje głupiego? Co to? Uderzył
się w ten pusty łeb i dostał amnezji?
- Czego chcesz? - warczę, mijam go i podchodzę do samochodu.
- Chcę porozmawiać...
Otwieram drzwi i rzucam laptopa na tylne siedzenie.
- Nie mam o czym z tobą rozmawiać!
- Proszę wysłuchaj mnie...
Ale ja go nie słucham. Wsiadam za kierownicę mojego volvo i odjeżdżam. Nie jadę do domu.
Muszę uzupełnić zapasy. Od dawna nie ruszałam się z domu i dziś rano zorientowałam się, iż w
mojej lodówce jest już tylko światło.
Podjeżdżam pod galerię handlową. Ruszam do supermarketu. Po drodze mijam kiosk z prasą. W oczy rzuca mi się nagłówek na pierwszej stronie konkurencyjnej gazety:„ Tragiczny finał poszukiwań zaginionej mieszkanki naszego miasta”.
Znaleźli ją!- przebiega mi przez myśl, a czoło zrasza mi zimny pot. Trzęsącymi się rękoma biorę
gazetę z wystawki. Z trudem udaje mi się wydobyć z torebki portfel. Płacę i już mam odchodzić
gdy sprzedawca mówi:
- Słyszała pani o tym zabójstwie? Taka młoda dziewczyna... Była w wieku mojej córki. Och, jak ja
bym dorwał w swoje ręce tego, co to zrobił! To musiał być jakiś zboczeniec! Nikt normalny nie
morduje takiej pięknej kobiety. To pewnie jakiś świr! I jeszcze zakopał ją w lesie jak psa... Co się
na tym świecie porobiło...?
Nie potrafię odpowiedzieć.
- Dziękuję – mamrotam pod nosem i szybkim krokiem odchodzę.
Jak cień poruszam się pomiędzy półkami, robiąc zakupy. Mam wrażenie, że wszyscy patrzą na
mnie i już wiedzą... Oddycham z ulgą gdy wreszcie znajduję się w samochodzie.
Jak najszybciej do domu! Jak najszybciej!
Przypominam sobie o gazecie. Na pierwszej stronie widnieje zdjęcie idiotki. Nienagannie ubrana,
elegancko uczesana uśmiecha się do mnie. Czytam artykuł: „Wczoraj nad ranem policja
zakończyła poszukiwana zaginionej mieszkanki naszego miasta. Niestety miały one tragiczny
finał. Ciało kobiety znaleziono w zaroślach koło stawu w miejscowym parku. Ostatecznie
wykluczono samobójstwo. Policja prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa. Jak powiedział
nam rzecznik policji nadal poszukują sprawcy, po kolei badając wszystkie tropy. Osoby, które
w ostatnich dniach widziały kobietę ze zdjęcia, proszone są o kontakt z miejscowym
komisariatem policji. Każdy nawet najbłahszy szczegół może pomóc policji w rozwikłaniu
zagadki tajemniczej śmierci kobiety...”
O matko! Już po mnie! - myślę, odpalam silnik i ruszam – Byle do domu...
Jadę przez centrum miasta. W oddali dostrzegam radiowóz. W mojej głowie zapala się
czerwona lampka. Już wiedzą...
Policjant nakazuje mi zjechać na pobocze. Przez moment mam ochotę przyspieszyć i uciec, ale nie
robię tego. Posłusznie zatrzymuję samochód. Podchodzi do mnie i puka w szybę. Opuszczam ją:
- Dzień dobry. Komenda miejska policji. Zapraszam do radiowozu. Proszę wziąć ze sobą
dokumenty – mówi policjant.
Wysiadam i idę za nim. Już po mnie, już po mnie– panikuję w myślach.
- Czy zna pani powód kontroli? - pyta drugi policjant.
Cholera, każą mi się przyznać?!
- Przekroczyła pani prędkość. I to o 30 km.
Uff! Jeszcze nie pora...
- Tak? - udaję zaskoczoną
- Tak. Dokąd się pani tak spieszy?
- Wracam z pracy do domu...
- Niestety jesteśmy zmuszeni ukarać panią mandatem karnym...
Upiekło mi się. Na razie... - z oddycham z ulgą idąc do samochodu.
Pół godziny później parkuję przed domem. Wyciągam zakupy i wtaczam się z nimi powoli
na górę. Dźwigam też torbę z laptopem i zgrzewkę wody mineralnej. Docieram na swoje piętro i co
widzę? Mój były siedzi na wycieraczce oparty plecami o drzwi.
Wierny jak pies! - przelatuje mi przez myśl.
Na mój widok zrywa się z podłogi i wyrywa mi z ręki zgrzewkę wody:
- Daj, pomogę ci! Kobiet nie powinna dźwigać takich ciężarów.
- Jakoś wcześniej ci t nie przeszkadzało – syczę – Czego chcesz? - mówię chyba odrobinę za
głośno. Słyszę ciche szuranie kapci pod drzwiami sąsiadki. Ta kobieta wie wszystko co dzieje się w
naszej kamienicy, a jak nie wie to sobie dopowie, nazmyśla i zawsze ma wiadomości z pierwszej
ręki.
- Nie tutaj! - mówię.
Przecież nie miałam zamiaru wpuszczać go do środka. Ale nie zamierzam być głównym tematem
rozmów okolicznych plotkarek. Pewnie i tak już wiedzą, że się wyprowadził i że siedział na
wycieraczce. W mieszkaniu zabiera mi torbę z zakupami i stawia na kuchennym stole. A ja w tym
czasie zdejmuję buty:
- Mów czego chcesz. Mam dużo pracy!
- Chciałem porozmawiać...
- O czym?
- O nas. Ja...
- Nie ma już nas! Jesteśmy ty i ja. Osobno, nie razem! Trudno ci to zapamiętać?
- Trudno. Przecież było nam razem dobrze? Prawda?
- Tak... Czuję że chwyta mnie za serce. Wie jak mnie podejść. W końcu to prawnik.
- Zatem po co to zmieniać? Burzyć to co nas łączy.
- Bo od jakiegoś czasu nic nas już nie łączy? Bo tyle miesięcy żyliśmy razem, a jednak osobno? Bo
miałeś kochankę? Bo dawno nie powiedziałeś mi, że mnie kochasz i, że ci na mnie zależy! -wyrzucam z siebie.
- Przecież to oczywiste, że tak jest. - podchodzi do mnie i kładzie mi ręce na ramionach. Spuszczam
głowę. Nie mogę, nie chcę potrzeć mu w oczy.
- Wróć do mnie... Proszę, moje życie bez ciebie... ja nie istnieję gdy nie ma cię przy mnie.
Zaczynam mięknąć. W ustach czuję słony smak łez. Nie zdołam ich już zatrzymać. Zagryzam
wargi. On unosi mi brodę, patrzę mu teraz prosto w oczy.
- Kocham cię...
Wpatrując się w jego twarz mówię:
- Kochasz mnie?
- Tak, najbardziej na świecie!
- A mimo to zdradzałeś mnie z tamtą idiotką! I co teraz? Kochanki nie ma, więc można wrócić do
żonki? - wyrywam się z jego objęć. Podchodzę do torby z zakupami i wypakowuję jej zawartość na blat stołu.
Nie patrzę na niego. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jak bardzo go kocham. Jak mi go brakuje.
Dotyku jego dłoni, smaku jego ust. Tych wszystkich uścisków, uśmiechów, a przede wszystkim
jego bliskości. Tego, że jest obok mnie w nocy, drapie mnie swoim zarostem po ramieniu, budząc
mnie. Brak mi poczucia bezpieczeństwa, zapachu jego perfum w łazience, jego koszul i marynarek
w szafie... serce nie chce pamiętać co zrobił, chce kochać, ale głowa wysyła mi sygnały
ostrzegawcze. Jestem rozdarta. Z jednej strony chcę, by wszystko było jak dawniej, a z drugiej
zastanawiam się czy w ogóle może jeszcze tak być. Milczę, a on nadal mówi:
- Spróbujmy, skarbie. Ty spróbuj mi wybaczyć. Jeśli nie będziesz potrafiła – odejdę. Zniknę z
twojego życia raz na zawsze.
- A twoja matka? - pytam.
- Co ona ma do tego? - jest zaskoczony.
- Zaczęła już świętować nasze rozstanie! Wie, że tutaj jesteś?
- Kochanie, ja mam trzydzieści dwa lata. Nie muszę ze wszystkiego tłumaczyć się matce.
Akurat! - uśmiecham się w duchu.
- Zapewne nie omieszkała wyrazić swego skromnego zdania w tej kwestii. Doskonale wiemy, iż jej
się to nie spodobało.
- To moje życie, nasze. Ona może mieć swoje zdanie i tyle. Nic mnie to nie obchodzi!
Podchodzi do mnie i obejmuje mnie w pasie:
- Kocham cię! Moja matka tego nie zmieni, choćby przewróciła świat do góry nogami.
Czyżby wrócił mój mecenas? Ten którego poznałam lata temu. Czuły, opiekuńczy, delikatny.
Mężczyzna, w którym zakochałam się na zabój. Ten z pierwszej randki. Co się stało, że z czasem
tak oddaliliśmy się od siebie? Wtedy stał się taki skryty, zaborczy. Zupełnie jakby przemawiał na
sali sądowej a nie do swojej żony. A teraz wrócił naprawdę? Czy tylko gra, by miękczyć moje
serce? Udobruchać mnie... Nie wiem co robić. Nic nie wiem. To wszystko jest takie
skomplikowane...
- Nie mogę ci teraz odpowiedzieć. Muszę to przemyśleć... daj mi trochę czasu.
- Zaczekam tyle, ile będzie trzeba. Choćby do końca życia – odpowiada z uśmiechem i całuje mnie
w czoło.
Dwa dni później śpimy już w jednym łóżku. Jak nowożeńcy. Zdecydowałam się mu
wybaczyć. Nie wiem, może jeszcze będę tego żałować, ale życie jest zbyt krótkie, by cierpieć. Nie
chcę już pamiętać o zdradzie. Nie chcę już czuć słonego smaku łez. Chcę być szczęśliwa...
Staram się także nie myśleć o idiotce, o tym co zrobiłam. Cieszę się szczęściem u boku mojego
mecenasa. Oby to trwało jak najdłużej.
Minęło już tyle czasu od tamtego wydarzenia w parku. Coraz mniej o tym myślę, ale ona
wraca do mnie w snach. Śmieje mi się wtedy w twarz. Tak jak przed śmiercią. Emanuje z niej
ogromna pewność siebie... Ten sen nigdy się nie kończy. Zawsze urywa się w tym samym
momencie: gdy stoję nad nią patrząc na jej martwe ciało... I tak śni mi się to co kilka dni.
Pewnej nocy budzę się z właśnie takiego snu. Jestem sama w pustym łóżku.
Gdzie mecenas?- myślę, siadam na łóżku i opieram się plecami o ścianę.
W tym samym momencie on wchodzi do sypialni ze szklanką wody w ręce:
- Co się stało, skarbie? Źle wyglądasz. Jesteś taka blada...
- Miałam zły sen...
- Wszystko ok?
- Nie! Nic nie jest w porządku!- wybucham.
- Jak to?
- Muszę ci o czymś powiedzieć.
- Teraz? O trzeciej rano?
- Tak. Dłużej nie wytrzymam.
- O co chodzi?- mówi siadając w nogach łóżka.
- O twoją kochankę!- krzyczę – Zabiłam ją! - dodaję ciszej – A ciało ukryłam w zagajniku koło
stawu!
Milczy. Z opuszczoną głową wpatruje się w podłogę.
- Dlaczego nic nie mówisz? - pytam i przysuwam się do niego.
- Wiem o tym... - odpowiada nadal nie patrząc na mnie.
- Co takiego? - nie wierzę w to co słyszę.
Podnosi na mnie wzrok:
- Widziałem was wtedy... ciebie z nią, gdy szłyście do parku...
- Co?
- Tak. Wiem co zrobiłaś...
- Dlaczego nic z tym nie zrobiłeś?! Dlaczego nie pobiegłeś na policję?! Ty, pan mecenas, obrońca
pokrzywdzonych, ten który stoi po stronie prawa?! - jestem w ogromnym szoku.
- Bo cię kocham... i nie umiem bez ciebie żyć. Nie chciałem cię stracić...
- I nie potępiasz mnie? Jestem zabójczynią! Jak możesz kochać mnie taką...
- Kocham cię bez względu na wszystko. - mówi i całuje mnie.
- Co dalej?
- Nic.
- Jak to nic?! Nie chcesz, żebym się przyznała?
- Po co? To niczego nie zmieni... Nie zwróci jej życia. A ja nie poradzę sobie bez ciebie. Zginę,
oszaleję... nie wytrzymałbym rozłąki z tobą.
Nie mogę się otrząsnąć. Co on mówi? Jeden z najlepszych prawników w mieście chce ukryć
zbrodnię i dalej spokojnie żyć, ze swoją żoną – zabójczynią.
To mi się chyba śni?
- Śpijmy już. - mówi spokojnie i przyciąga mnie do siebie.
On chyba oszalał?! Nie umiem tego zrozumieć. Zaczynam zastanawiać się nad pójściem na policję
i przyznaniem się do wszystkiego...
Wstaję następnego dnia z przeświadczeniem, że to wszystko mi się wydawało. Że ta
wczorajsza rozmowa nie miała miejsca. To był kolejny sen.
- Witaj, kochanie! Jak się czujesz?
- Dziwnie – odpowiadam – Jestem trochę skołowana. Nasza wczorajsza rozmowa...
- Nie wracajmy do tego, proszę...
- Nie boisz się, iż to nas zadręczy? Nie pozwoli nam normalnie żyć? Będzie do nas wracać jak
fatum?
- Damy sobie z tym radę. Razem.
- Powiedziałeś o tym komuś? O swoich przypuszczeniach?
- Nie. To nasza tajemnica. Nie umiałbym cię zdradzić drugi raz... - mówi i spokojnie robi sobie
śniadanie.
Dziwnie się czuję, boję się. Nie, ja tego nie wytrzymam. Muszę coś z tym zrobić. Nie mogę tego
tak po prostu zapomnieć... Stoję w kuchni przy oknie. Na zewnątrz zaczyna padać śnieg. Niedługo
zakryje wszystko swoją bielą. Myślę o tamtym miejscu... jak będzie wyglądało przykryte białym
puchem... Z rozmyślań wyrywa mnie dzwonek do drzwi.
-Otworzę! - słyszę głos mecenasa w korytarzu. Rozpoznaję też głos teściowej.
A ta tutaj po co? - myślę zirytowana. Idę w kierunku drzwi.
- To ona, panie władzo! - wrzeszczy teściowa pokazując na mnie – To ona, zabójczyni!
Mój mąż patrzy na wszystko z boku. Jest blady jak ściana. Drżą mu ręce.
- Proszę ją aresztować! - krzyczy mamusia i wpycha do naszego mieszkania dwóch
zdezorientowanych policjantów.
Spoglądam na mecenasa. Stoi ze spuszczoną głową. Nie umie spojrzeć mi w oczy. Milczy.
- Powiedziałeś mamusi?! Nie wierzę. - mówię.
P.S. Wybaczcie formę tekstu. Mam nadzieję, że jest on dla Was czytelny. Na swoje usprawiedliwienie dodam, iż cały czas uczę się publikowania postów i edycji testu. Jak sami widzicie, jeszcze wiele przede mną...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz