sobota, 30 stycznia 2016

"Idiotka"- część premierowa

Witajcie!
Zgodnie z zapowiedzią przed Wami premierowa część opowiadania "Idiotka".

                                              ****

Policjanci zabrali mnie do aresztu. Zostałam oficjalnie zatrzymana na czterdzieści osiem godzin w celu złożenia wyjaśnień, w związku z zabójstwem tamtej idiotki. A co tu było do wyjaśniania? Moja ukochana teściowa, wszystko wiedziała najlepiej. A mój mecenasa stawał na uszach, bym do czasu rozprawy mogła przebywać na wolności. Nie chciałam. Nie mogłabym siedzieć w domu i czekać... czuć się jak dziecko, które czeka na daleką wycieczkę albo na nadchodzące urodziny. Zresztą nie mogła już spojrzeć mojemu mężowi w oczy. Jemu też by się oberwało, gdyby nie moje zeznania. Powiedziałam policji, iż mąż dowiedział się o tym, co zrobiłam na chwilę przed pojawieniem się w naszym mieszkaniu moje teściowej w eskorcie mundurowych. Wcześniej nie był niczego świadomy. A on, nie powiedział nic, nie podziękował mi za uratowanie tyłka, a przecież mogłam pociągnąć go za sobą. Rujnując mu karierę i zostawiając go z wilczym biletem, mogłam zemścić się na nim za romans z tamtą wywłoką. Za wszystkie samotne wieczory i noce, które spędzała w jej objęciach. Ale nie zrobiłam tego, bo nadal kocham tego pieprzonego maminsynka - kobieciarza. Mamusia oczywiście też zeznała, iż o niczym nie wiedział i dodała, że od początku wróżyła mi niezbyt szczęśliwe życie. A kto powiedział, że jestem nieszczęśliwa? Jestem. Na przekór wszystkim i wszystkiemu jestem! Ok, może nie mam zbyt dobrych widoków na przyszłość. Jednak gdy spoglądam w przeszłość, uświadamiam sobie, iż spieprzyłam wszystko, co tylko było możliwe. I cieszę się, że było tego niewiele. Moje małżeństwo było tylko fikcją, papierową łódeczką na wezbranym w czasie sztormu oceanie. Ten szalony trójkąt nie miał przyszłości. Wiem, że prędzej czy później powiedziałabym „pas” i musiałabym to przerwać. Tamte lata odeszły, teraz czekają mnie spokojne czasy. Z dala od toksycznej mamusi i mecenasa, który przy niej przemienia się w niemowlaka. Czy on kiedykolwiek zdoła przeciąć tę pępowinę? Nie sądzę, jedynie śmierć może tego dokonać...
Gdy nastał dzień rozprawy miałam nadzieję, że wszystko się wreszcie skończy. Wszystkie przesłuchania. Pytania, w których wciąż wałkowano ten sam temat: dlaczego? I chociaż odpowiadałam im – zgodnie z prawdą – że musiałam, iż dłużej nie zniosłabym tego, że chciałam tylko spokoju... nie wierzyli i zaczynali od nowa i tak przez ostatnie tygodnie.
A ja miałam już naprawdę dosyć. Chciałam ciszy i spokoju. Bez żadnych policjantów, psychologów, biegłych sądowych i chciałam żeby skończył się ten medialny szum.
W areszcie ciągle mówiono mi, iż jestem w tej mieścinie tematem numer jeden, że wszystkie gazety piszą o dokonanej przeze mnie zbrodni. A mnie było wszystko jedno. Jako dziennikarka wiedziałam, że to nie potrwa długo. Najdłużej kilka tygodni po procesie wszystko ucichnie, a medialne hieny znajdą sobie inną padlinę do rozerwania na strzępy. Byłam tylko ciekawa, czy moja redakcja też przyłączyła się do tej nagonki, czy naczelny teraz trzęsie portkami, próbując zamaskować fakt, iż w jego gazecie pracowała morderczyni.
Nie liczyłam na łagodny wyrok. Wręcz przeciwnie wolałabym ten z górnej półki. Gdy o tym myślałam czułam obojętność, zero nerwów, ani krzty strachu. Chociaż nigdy nie brałam pod uwagę możliwości, że to się wyda, że ją odnajdą. Wiedziałam, iż raczej nikt mi za to nie podziękuje. I choć – tak naprawdę – nikt nie lubił tej suki, która miała już na koncie nie jednego uwiedzionego męża i morze wypłakanych przez ich żony łez. To i tak uznają ją za ofiarę, za kogoś niewinnego, kogo śmierć była zupełnie nie potrzebna, że to niepowetowana strata, taka piękna i inteligentna kobieta, po prostu ideał.
A ja w ciągu kilku dni stałam się zwyrodniałą morderczynią, pozbawioną jakichkolwiek ludzkich odruchów, złą do szpiku kości psychopatką, bez zahamowań. Wiedziałam, iż moja ukochana teściowa dolewa oliwy do ognia i wciąż czuwa, by nawet na chwilę nie przygasł.
A mecenas? Hmm... Zapewne w e wszystkim słucha mamusi, cichutko rozpaczając po stracie kochanki, której każdy kolega mu zazdrościł. Udaje zdruzgotanego faktem, że jego żona okazała się zdolna do czynu niezgodnego z prawem, do nikczemnego występku. Zapewne skalałam jego nieposzlakowaną opinię, o którą jego matka dbała od pieluch i zhańbiłam jego szlacheckie nazwisko z zacnymi tradycjami sięgającymi zamierzchłych czasów.
To ja ratuję mu dupę, nie pisnęłam ani słówka, że o wszystkim wiedział, a on nie jest w stanie zdobyć się chociaż na zwykłe: „Dziękuję...” Pewnie mamusia mu zabroniła kontaktów. Nie, nie tęsknię, niczego od niego nie chcę.
Świat strasznie mi zobojętniał, nic nie ma sensu. Wcześniej myślałam, że jestem twarda, że udźwignę to na swych barkach... dam radę. Znam siebie i wiem, że sobie poradzę, ale póki co muszę się do tego przyzwyczaić, bo już dawno zdążyłam to zaakceptować.

****
Sam proces był kiepsko wyreżyserowaną farsą. I trwał zdecydowanie za długo. Gdy wchodziłam na salę rozpraw, w eskorcie policji i strażników sądowych, dziennikarze dosłownie się na mnie rzucili tak, że policjanci musieli torować mi drogę. Z perspektywy biernego widza musiałam wyglądać jak królowa zabójców, piewca śmierci, uosobienie zła. Dużo dałabym, żeby popatrzeć na tę komiczną sytuację z boku.
Na sali czekał na mnie adwokat, wynajęty – o dziwo! - przez mojego męża. Nie sądzę, że mamusia wyraziła na to zgodę... Pewnie do tej pory nie ma o niczym pojęcia.
O wilku mowa! - pomyślałam widząc teściowa wchodzącą na salę:
- Morderczyni! - wysyczała w moim kierunku i zajęła miejsce dla świadka.
Proces był długi, zbyt długi. Co tu było do wyjaśniania?! Nic! Wszystko powinno być jasne.
Do tego jeszcze ten „mój prawnik”. Kupka nieszczęść. Pocił się jak mysz i starał się mnie bronić, ale skutecznie mu to utrudniałam:
- Czy oskarżona przyznaje się do popełnienia zarzucanego jej czynu? - zapytał sędzia. Adwokacina poderwał się z miejsca, chciał coś powiedzieć, ale ubiegłam go mówiąc:
- Tak, wysoki sądzie, przyznaję się. - Po sali rozszedł się szmer zdziwienia zmieszanego z oburzeniem.
- Czy oskarżona jest pewna swojego oświadczenia?
- Tak. Zabiłam ją! Co jeszcze chcecie usłyszeć?
Na te moje słowa adwokacina opadł na swoje miejsce. Blady jak ściana i bliski ataku serca.
Kto ci zafundował taką traumę? -pomyślałam patrząc na niego z litością
Spojrzałam w oczy męża. Jeszcze męża, jednak znając zdolności mamusi, już niedługo... Patrzył na mnie jak zbity pies. Zawsze patrzył w ten sposób w chwilach zawahania i zdenerwowania. Jak ja nienawidziłam tego spojrzenia! Przez myśl przebiegło mi, że zabiłam nieodpowiednią osobę. Źle to rozegrałam. Odwróciłam głowę, skupiłam wzrok na trwałej ondulacji teściowej.
Uśmiechała się pod nosem. Teraz była naprawdę szczęśliwa. Dopięła swego! Rozdzieliła mnie ze swoim synem. Od zawsze tego pragnęła, od momentu, w którym ją poznałam. To ona była przyczyną wszystkich moich nieszczęść i spowodowała, że oddaliłam się od męża. Od samego początku oczerniała mnie w jego oczach. A wszystko zaczęło się od tego, że nie mogliśmy mieć dzieci... Cała winą obarczyła mnie, nawet przez chwilę nie pomyślała, że do tego trzeba dwojga. Teraz zapewne odtrąbi sukces, w towarzystwie koleżanek z kółka brydżowego. A one będą jej współczuły takie zwyrodniałej synowej. Będą ją klepać po pleckach, gdy będzie łkała nad losem swego, biednego synusia! Ciekawe czy już się do niej wprowadził...? A może ona mieszka w naszym mieszkaniu i mojej kuchni gotuje mu obiadki.

- Czy oskarżona chce coś dodać? - zapytał sędzia
- Nie!- krzyknął mecenasina.
- Tak... - powiedziałam wstając – Chcę powiedzieć, że niczego nie żałuję. Gdybym miała zrobić to jeszcze raz, nie zawahałabym się.
Na sali rozbłysły flesze. Trzask migawek aparatów przypominał trzepot skrzydeł stada gołębi podrywającego się do lotu. Mecenasina zbladł jeszcze bardziej, po czym krzyknął:
- Wysoki sądzie, wnoszę o zbadanie czy moja klientka była poczytalna w chwili popełnienia domniemanej zbrodni...
- Oddalam wniosek. Oskarżona została poddana badaniu psychiatrycznemu, które nie wykazało żadnych odchyleń...
- Wnoszę o powtórne badanie!
- To zbyteczne! - odezwał się prokurator – Wydaje mi się, że nie ma sensu przedłużać... wysoki sądzie do akt sprawy została dołączona opinia biegłego psychiatry. Stwierdził on, iż oskarżona w chwili popełnienia czynu była całkowicie poczytalna.
- Tak, ale... - mecenasina nie dawał za wygraną.
- Panie mecenasie... - ponownie przemówił prokurator – … gra na zwłokę nie ma sensu.


P.S. Dajcie znać jak Wam się podobają dalsze losy bohaterki opowiadania. Czekam na Wasze opinie. Zamieszczajcie je w komentarzach. Już niebawem kolejna część... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz