Dziś publikuję opowiadanie. Przypłynęło do mnie wczoraj, wieczorową porą. Wierciło mi dziurę w głowie, tak długo, aż przelałam je na papier. Teraz dzielę się nim z Wami.
"Światło"
Kiedy miała dziesięć lat odkryła w
sobie ten dar. Nigdy wcześniej o nim nie wiedziała. Tamtego dnia
znalazła zgubioną przez koleżankę błękitną kokardę do włosów.
Gdy podniosła ją z trawnika, zobaczyła zbliżające się w jej
kierunku jasne, ciepłe światło. Wcześniej nigdy nie widziała
czegoś podobnego. Światło zatańczyło wokół niej i otuliło ją
swoim ciepłem. Poczuła jak rozlewa się w jej ciele i dociera do
każdego miejsca, aż po koniuszki palców. Czuła się błogo i
bezpiecznie. Zamknęła oczy. Pod jej powiekami zaczęły przesuwać
się obrazy: mała, zapłakana dziewczynka schowana w ciemnym
zakamarku strychu. Drżąca na każdy najdrobniejszy dźwięk i
szmer. Zobaczyła też piękną kobietę o blond włosach i z
ogromnymi siniakami na rękach. To wszystko trwało ułamki sekund.
Potem światło odpłynęło i znów została sama, z błękitną
kokardą w dłoni i ze świadomością, że ludzie z tych obrazów to
rodzina jej koleżanki.
Wtedy nie powiedziała o tym nikomu.
Była zbyt przerażona i przekonana, że i tak nikt by jej nie
uwierzył.
Dziś stojąc nad brzegiem jeziora i
patrząc na leżący przed nią różowy, dziecięcy bucik, wahała
się czy go podnieść. Pierwszy raz – od tamtego momentu przed
laty – bała się tego, co mogłaby zobaczyć. Z drugiej strony
wiedziała, że jeśli tego nie zrobi, nie będzie mogła o tym
zapomnieć i wyrzuty sumienia nie pozwolą jej funkcjonować
normalnie.
Przez całe życie starała się unikać
wizji. Po prostu nie dotykała rzeczy należących do innych ludzi.
Niczego od nich nie pożyczała, a widząc zgubioną przez kogoś
rzecz, omijała ją szerokim łukiem. Nigdy nie wiedziała, co
zobaczy. Czasami widziała obrazy pięknych chwil, radość i
uśmiechy dzieci. Innym razem był to strach, rozpacz, cierpienie,
gniew, zapłakane kobiety i przerażone dzieci. To właśnie tych
obrazów starała się unikać. Ludzie, z którymi się wiązały
budzili w niej współczucie, niekiedy nawet rozpacz. Wydawało jej
się, że bez zaproszenia, nachalnie wkracza w ich życie. Jest
podglądaczem, wścibską sąsiadką. Potem nie umiała spojrzeć im
w oczy, nie mogła już z nimi rozmawiać. Wiedziała, że
skierowałaby rozmowę na temat obrazów z wizji, temat cierpienia i
strachu, którego z pewnością nie chcieliby poruszać. Unikanie
takich osób – według niej – było lepszym wyjściem niż
podążanie z niepotrzebną pomocą. Pomocą, którą strach kazałby
im odrzucić. Jednak ignorowanie takich przypadków nie było łatwe
i wielokrotnie musiała powstrzymywać się przed interwencją.
Znów popatrzyła na leżący u jej
stóp maleńki bucik. Jego właścicielka miała najwyżej dwa lata.
Bucik był niewielki, z pewnością zmieściłby się na dłoni.
Podniosła wzrok i spojrzała na rozpościerające się przed nią
jezioro. Trwało niezmącone najmniejszą nawet falą.
Rozejrzała się dokoła. Była
zupełnie sama, z oddali do jej uszu dobiegał dźwięk cykających
świerszczy. Słońce leniwie sunęło w stronę horyzontu, wieczór
był już na wyciągnięcie ręki.Odetchnęła wdychając zapach nadchodzącego zmierzchu. Kucnęła i wzięła bucik do ręki. Opuściła powieki. Zobaczyła roztrzaskany o drzewo samochód, później szpital. Podążała korytarzem i znalazła się w jednej z sal. Na łóżku leżała szczupła brunetka. Była podpięta do różnego rodzaju aparatów i zaplątana w niezliczoną ilość rurek. Tuż przy jej łóżku siedział młody mężczyzna. Po chwili spostrzegła, że płacze. W tym momencie wizja się urwała. Otworzyła oczy, nadal była na brzegu jeziora. Wyprostowała się, w dłoni nadal ściskając różowy bucik. Za swoimi plecami usłyszała czyjś głos. Odwróciła się:
- Dobry wieczór, pani. – powiedział idący w jej kierunku mężczyzna, pchający dziecięcy wózek.
- Dobry wieczór... - odpowiedziała i głos uwiązł jej w gardle, bo właśnie rozpoznała przed sobą mężczyznę ze swojej wizji.
- O! Znalazła pani, bucik mojej córki. Musieliśmy zgubić do gdy tu rano spacerowaliśmy
- A, tak. Proszę – podała mu zgubę. Nadal nie mogła dojść do siebie. Nie wiedziała jak ma z nim rozmawiać. Miała wrażenie, że zna go tak dobrze, jak starego przyjaciela.
- Idzie pani, w stronę miasteczka?
- Yyy..., tak.
- My też, może pójdzie pani z nami.
Wahała się, nie wiedziała co zrobić. Wreszcie ruszyła w mrok za oddalającym się mężczyzną.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz