niedziela, 24 stycznia 2016

"Światło"

Witajcie!
Dziś publikuję opowiadanie. Przypłynęło do mnie wczoraj, wieczorową porą. Wierciło mi dziurę w głowie, tak długo, aż przelałam je na papier. Teraz dzielę się nim z Wami.

                                                                "Światło"
Kiedy miała dziesięć lat odkryła w sobie ten dar. Nigdy wcześniej o nim nie wiedziała. Tamtego dnia znalazła zgubioną przez koleżankę błękitną kokardę do włosów. Gdy podniosła ją z trawnika, zobaczyła zbliżające się w jej kierunku jasne, ciepłe światło. Wcześniej nigdy nie widziała czegoś podobnego. Światło zatańczyło wokół niej i otuliło ją swoim ciepłem. Poczuła jak rozlewa się w jej ciele i dociera do każdego miejsca, aż po koniuszki palców. Czuła się błogo i bezpiecznie. Zamknęła oczy. Pod jej powiekami zaczęły przesuwać się obrazy: mała, zapłakana dziewczynka schowana w ciemnym zakamarku strychu. Drżąca na każdy najdrobniejszy dźwięk i szmer. Zobaczyła też piękną kobietę o blond włosach i z ogromnymi siniakami na rękach. To wszystko trwało ułamki sekund. Potem światło odpłynęło i znów została sama, z błękitną kokardą w dłoni i ze świadomością, że ludzie z tych obrazów to rodzina jej koleżanki.

Wtedy nie powiedziała o tym nikomu. Była zbyt przerażona i przekonana, że i tak nikt by jej nie uwierzył.

Dziś stojąc nad brzegiem jeziora i patrząc na leżący przed nią różowy, dziecięcy bucik, wahała się czy go podnieść. Pierwszy raz – od tamtego momentu przed laty – bała się tego, co mogłaby zobaczyć. Z drugiej strony wiedziała, że jeśli tego nie zrobi, nie będzie mogła o tym zapomnieć i wyrzuty sumienia nie pozwolą jej funkcjonować normalnie.

Przez całe życie starała się unikać wizji. Po prostu nie dotykała rzeczy należących do innych ludzi. Niczego od nich nie pożyczała, a widząc zgubioną przez kogoś rzecz, omijała ją szerokim łukiem. Nigdy nie wiedziała, co zobaczy. Czasami widziała obrazy pięknych chwil, radość i uśmiechy dzieci. Innym razem był to strach, rozpacz, cierpienie, gniew, zapłakane kobiety i przerażone dzieci. To właśnie tych obrazów starała się unikać. Ludzie, z którymi się wiązały budzili w niej współczucie, niekiedy nawet rozpacz. Wydawało jej się, że bez zaproszenia, nachalnie wkracza w ich życie. Jest podglądaczem, wścibską sąsiadką. Potem nie umiała spojrzeć im w oczy, nie mogła już z nimi rozmawiać. Wiedziała, że skierowałaby rozmowę na temat obrazów z wizji, temat cierpienia i strachu, którego z pewnością nie chcieliby poruszać. Unikanie takich osób – według niej – było lepszym wyjściem niż podążanie z niepotrzebną pomocą. Pomocą, którą strach kazałby im odrzucić. Jednak ignorowanie takich przypadków nie było łatwe i wielokrotnie musiała powstrzymywać się przed interwencją.

Znów popatrzyła na leżący u jej stóp maleńki bucik. Jego właścicielka miała najwyżej dwa lata. Bucik był niewielki, z pewnością zmieściłby się na dłoni. Podniosła wzrok i spojrzała na rozpościerające się przed nią jezioro. Trwało niezmącone najmniejszą nawet falą.
Rozejrzała się dokoła. Była zupełnie sama, z oddali do jej uszu dobiegał dźwięk cykających świerszczy. Słońce leniwie sunęło w stronę horyzontu, wieczór był już na wyciągnięcie ręki.
Odetchnęła wdychając zapach nadchodzącego zmierzchu. Kucnęła i wzięła bucik do ręki. Opuściła powieki. Zobaczyła roztrzaskany o drzewo samochód, później szpital. Podążała korytarzem i znalazła się w jednej z sal. Na łóżku leżała szczupła brunetka. Była podpięta do różnego rodzaju aparatów i zaplątana w niezliczoną ilość rurek. Tuż przy jej łóżku siedział młody mężczyzna. Po chwili spostrzegła, że płacze. W tym momencie wizja się urwała.  Otworzyła oczy, nadal była na brzegu jeziora. Wyprostowała się, w dłoni nadal ściskając różowy bucik. Za swoimi plecami usłyszała czyjś głos. Odwróciła się:
- Dobry wieczór, pani. – powiedział idący w jej kierunku mężczyzna, pchający dziecięcy wózek.
- Dobry wieczór... - odpowiedziała i głos uwiązł jej w gardle, bo właśnie rozpoznała przed sobą mężczyznę ze swojej wizji.
- O! Znalazła pani, bucik mojej córki. Musieliśmy zgubić do gdy tu rano spacerowaliśmy
- A, tak. Proszę – podała mu zgubę. Nadal nie mogła dojść do siebie. Nie wiedziała jak ma z nim rozmawiać. Miała wrażenie, że zna go tak dobrze, jak starego przyjaciela.
- Idzie pani, w stronę miasteczka?
- Yyy..., tak.
- My też, może pójdzie pani z nami.
Wahała się, nie wiedziała co zrobić. Wreszcie ruszyła w mrok za oddalającym się mężczyzną.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz