poniedziałek, 28 grudnia 2015

Dla nieobecnych...


Witajcie!
Wiem, że Święta dobiegły już końca. Jednak pozwoliłam sobie na publikację swoich przedświątecznych refleksji. Post lekko spóźniony, ponieważ nie zdążyłam wrzucić go, zajęta przygotowaniami świątecznymi.


Jak co roku w wigilijny poranek postanowiła odwiedzić swoich bliskich zmarłych. Zapalić im świeczkę – symbol mojej pamięci i tęsknoty. Zawsze w takim momencie staram się przypomnieć sobie ich twarze, głosy i uśmiechy. Zastanawiam się jak dziś wyglądałyby nasze wspólne święta... Jednocześnie odtwarzam w pamięci wszystkie wspólne chwile, a zwłaszcza naszą ostatnią, wspólną Wigilię. Życzenia od dziadka, wspólne śpiewania kolęd, nakrywanie do stołu, wypatrywanie pierwszej gwiazdki i cudowne zapachy z babcinej kuchni...

Gdy dziadkowie odeszli miałam zaledwie dziewięć lat. Czy to możliwe, by dziecięca pamięć zachowała tak dokładne obrazy? Z każdym rokiem pamiętam coraz mniej, ich twarze rozmazują się, a głosy zdają się zniekształcać jakbym słyszała je wietrzny dzień.

W świąteczne dni bardziej tęsknię za nimi, ich sposobem bycia, a nawet zapachem. Tak mało miałam czasu, by z nimi porozmawiać, pobyć tak po prostu. Dziś po kilkunastu latach żałuje tego straconego czasu, o tyle chciałabym ich zapytać, tak dużo im powiedzieć. Małe dziecko, którym byłam, gdy żyli wolało bawić się niż słuchać babcinych opowieści o trudach życia w dawnych czasach, o tym co przeszli i ile przecierpieli, by wreszcie znaleźć spokój na kieleckiej ziemi. Wielu rzeczy nie chciałam wtedy słuchać, wydawały mi się obrazami ze strasznych filmów. Jedyne, co pamiętam to kilka wierszy i piosenek śpiewanych mi przez babcię. Czy ucieszyłoby ją to? Zapewne tak. Pamiętam czas spędzony z dziadkiem, laskę, którą się podpierał, czapkę, jaką nosił i stary tapczan, na którym razem przesiadywaliśmy oraz jedyną w swoim rodzaju zupę, jakiej nikt nie potrafi odwzorować, a przepis niestety odszedł razem z dziadkiem.

Gdy stoję tak wśród setek grobów, w myślach powtarzam słowa „Kolędy dla nieobecnych” Z. Preisnera, śpiewanej przez B. Rybotycką: „...przygasł świąteczny gwar, bo zabrakło znów czyjegoś głosu...”. Zawsze gdy słyszę ten utwór myślę o moich bliskich, którzy nie zasiądą z nami do stołu i których nigdy już nie spotkam, Na cmentarzu słowa tej kolędy mają zupełnie inny wydźwięk. Dopiero w takim miejscu uświadamiam sobie jak wiele jest domów i rodzin, których kolacja wigilijna nie jest już taka sama jak rok temu. A wielu domach ludzie spędzają samotne święta. Jeden cmentarz, setki grobów, za każdym kryje się morze łez, ludzkiego cierpienia i tęsknoty. Tysiące głosów, których zabrakło wśród nas, których nikt - poza Bogiem - już nie usłyszy.

Jedynym pocieszeniem jest: „... że gdziekolwiek są dobrze im jest (..) że odeszli po to, by żyć i są z nami choć w innej postaci (…) i … po głosach ich wciąż drży powietrze...”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz